grudnia 04, 2017

Wystawa Frida Kahlo i Diego Rivera - Polski kontekst

Wystawa Frida Kahlo i Diego Rivera - Polski kontekst



Wystawa Frida Kahlo i Diego Rivera. Polski kontekst została zorganizowana przez Centrum Kultury Zamek w Poznaniu. Przygotowania do organizacji tej niezwykłej wystawy trwały kilka lat. 

Owa wystawa trwać będzie do 21 stycznia 2018 roku, więc miłośnicy twórczości i osobowości Fridy Kahlo mają jeszcze szansę zobaczyć ten niezwykły wernisaż złożony z fotografii Bernice Kolko, także fotografii Nickolasa Muray'a i przede wszystkim wybranych dzieł Fridy i jej męża Diego Rivery, a także kilku grafik Fanny Rabel - uczennicy Fridy polskiego pochodzenia.

Kuratorką wystawy jest dr Helga Prignitz-Poda, która odkryła w dzienniku Fridy Kahlo polski kontekst. W owym dzienniku pojawiły się wpisy na temat przyjaźni jaka się zrodziła pomiędzy malarką a fotografką w ostatnich latach życia meksykańskiej artystki.




Fotografie Bernice wywierają ogromne wrażenie. Zupełnie inaczej ogląda się fotografie w towarzystwie dzieł Fridy i osób bliskich jej sercu. 
I właśnie dlatego nie zamieszczam tutaj zdjęć z wystawy - zachęcam, abyście sami tam się udali :)

Frida malując w samotności swoje piękne autoportrety nigdy nie sądziła, że to, co wyjdzie spod jej pędzla sprawi, że jej sława przewyższy sławę jej męża, że stanie się światową ikoną popkultury, jedną z najważniejszych i najbardziej inspirujących artystek na świecie. Twórczość Fridy zapewniła jej nieśmiertelność.

Przy wystawie emitowane są różne krótkie filmiki z życia Fridy, a także film dokumentalny, dzięki któremu mamy okazję poznać uczniów Fridy, posłuchać ich wspomnień, anegdot związanych z artystką.

 Po wystawie warto udać się do sklepiku i zakupić kilka pamiątek. Ja zakupiłam album pamiątkowy w pięknej szacie graficznej i jak przystało na Fridamaniaczkę zakupiłam także koszulki z meksykańskimi czaszkami i popartowe przypinki z wizerunkiem Fridy.

listopada 09, 2017

Goły biust przy reklamie gwoździ kontra pierś karmiąca dziecko, czyli słów kilka o hipokryzji polskiego społeczeństwa.

Goły biust przy reklamie gwoździ kontra pierś karmiąca dziecko, czyli słów kilka o hipokryzji polskiego społeczeństwa.
Zadziwia mnie fala hejtu jaka dość często wylewa się na matki karmiące swoje pociechy w miejscach publicznych. A jeszcze bardziej zadziwia mnie to, że to właśnie kobiety są najmniej tolerancyjne wobec pań, które odważyły się nie karmić swego dziecięcia w toalecie, w której unosi się aromatyczna woń domestosu i zapaszku po jakiejś lady, która nieco przeholowała ze spożyciem ziółek przeczyszczających...

Lubię powtarzać, że piersi to piękne dzieło natury stworzone z myślą o dzieciach, a tymczasem bawią się nimi dorośli... Zaś osoby zbulwersowane widokiem matek karmiących zupełnie zapominają, że należymy do gatunku Mammalia, a kiedyś przecież nie było
butelek, mleka w proszku, podgrzewaczy, matki karmiły niemowlę "na żądanie", podawały pierś w różnych miejscach i nikogo to nie bulwersowało jak dziś. A jeśli komuś już tak bardzo przeszkadza widok kobiety z maluchem u piersi, niechaj odwróci wzrok. Albo niech się przesiądzie gdzieś dalej. Jakież to proste, prawda?

I rzućcie może okiem na reklamy z roznegliżowanymi paniami i pomyślcie, co tak naprawdę jest bulwersujące? Pierś karmiąca dziecko, czy wulgarnie wywalony cyc wraz z czterema literami - cóż z tego, że zgrabnymi, skoro odbytnica do reklamy klimatyzacji czy kurczaka z rożna ma się jak piernik do wiatraka?

P.S. Jeśli pojawią się tutaj hejterki szykanujące matki karmiące - ucieszę się :) Nikt mi tak dobrze nie nabija statystyk jak wkurzona hejternia ;)

października 29, 2017

Beauty Coach dla kobiet niepełnosprawnych? Tak! Bo dlaczego nie?

Beauty Coach dla kobiet niepełnosprawnych? Tak! Bo dlaczego nie?
Styliści, wizażyści prześcigają się w tworzeniu jak najlepszych ofert dla swoich klientów, a szczególnie klientek, bo to głównie kobiety najbardziej przejmują się swoim wizerunkiem. Jednak wśród tych ofert rzadko, a raczej w ogóle nie widzę

ofert skierowanych do osób niepełnosprawnych - a jeśli ktoś z Was takową widział to niechaj da mi znać, bo bardzo chętnie zareklamuję tu i tam, wszak jest tak mało nas-stylistów nie tchórzących na widok wózka ;)

Ktoś rzekłby - Ale po co osobie na wózku stylista? Przecież osoba poruszająca się na wózku nosi ciuchy szyte dla wszystkich!

A jednak mam koleżankę Izę, której marzyły się zakupy w towarzystwie stylistki, która doradziłaby jej jakie spódniczki i spodnie najlepiej układają się na jej sparaliżowanych od dzieciństwa nogach, z jakiego materiału powinna zakładać sukienki na lato, by wyglądać elegancko i jednocześnie nie obawiać się, że falbany nieszczęśliwie zaplączą się gdzieś pomiędzy szprychami od kół wózka. Iza miała dość noszenia ciuchów, które kupowała jej mama, czuła się w nich niekobieco i nie ma co się dziwić, bo były to głównie sukienki i spódnice o wykroju nadającym się raczej dla Sióstr Nazaretanek...

października 23, 2017

Jak się zaczęła moja miłość do wizażu?

Jak się zaczęła moja miłość do wizażu?

Jakiś czas temu podjęłam decyzję o powrocie do pracy w branży kosmetycznej. Dla niektórych osób, które do tej pory znały mnie wyłącznie jako grafika komputerowego - owa zmiana branży okazała się niemałym szokiem ;) Chcąc, nie chcąc szokuję... Niestety ;)

Cóż. Niektórzy może o tym nie wiedzą, ale z wizażem do czynienia mam od dawna. Zaraz po maturze miałam przyjemność wziąć udział w warsztatach makijażu prowadzonych w Warszawie przez moją koleżankę, która wówczas pracowała jako konsultantka firmy Oriflame.  Do dziś pamiętam swój zachwyt, gdy dzięki owym warsztatom odkryłam jakże przydatne są pędzle do wykonywania perfekcyjnego makijażu oka i jak prawidłowo regulować brwi. Tak się zaczynała moja miłość do wszelkiej maści kolorowych kosmetyków.

października 10, 2017

Oriana Fallaci i jej "Kapelusz cały w czereśniach"

Oriana Fallaci i jej "Kapelusz cały w czereśniach"
"Kapelusz cały w czereśniach" to arcydzieło literackie, nad którym Oriana bez wytchnienia pracowała przez 10 lat.
Jestem pełna podziwu dla pracy i poświęcenia jakie Fallaci włożyła w stworzenie tego dzieła.Nie jest to bowiem tylko saga rodu Fallacich.

To jest także niezwykła opowieść o życiu, miłosnych uniesieniach, romansach, ludzkich ambicjach i marzeniach, to także fragment jakże burzliwej, krwawej historii słonecznej Toskanii, w szczególności Livorno. Przewija się tutaj także polski wątek, wszak jeden z przodków Oriany był Polakiem.

września 12, 2017

Moje ciało, moja sprawa. Coś o dietetycznych trucicielkach.

Moje ciało, moja sprawa. Coś o dietetycznych trucicielkach.
W ostatnich tygodniach ku mojej wielkiej radości przytyło mi się 6 kilogramów. Tak: radości! Nie przejęzyczyłam się :) Przy wzroście 164 cm ważę 66 kilo. Według dietetyków i tabeli BMI to jest jeszcze waga mieszcząca się w granicach normy. Natomiast wiele pań - szczególnie tych wiecznie liczących kalorie i szukających pod mikroskopem tłuszczu - twierdzi, że mam straszną nadwagę. Cóż, te 66 kilogramów to moja magiczna waga. Nie mogę ważyć ani więcej, ale też ani grama mniej, bo właśnie tylko przy tej wadze dobrze się czuję, ale i też korzystniej wyglądam - przynajmniej dla samej siebie. A dla mnie ważniejsze jest to, że podobam się sobie. Opinia żmij wysuszonych dietami mnie nie interesuje. A już najmniej mnie interesuje to, co szepczą za moimi plecami nieszczęśliwe facetki, u których podstawę diety stanowi liść sałaty i plaster ogórka, przy takiej diecie naprawdę trudno cieszyć się urokami życia i być szczęśliwym, a jeszcze trudniej o zdrowe zmysły.

września 11, 2017

"Bliźnięta z lodu", porywająca książka S.K. Tremayne.

"Bliźnięta z lodu", porywająca książka S.K. Tremayne.

Głównymi bohaterami "Bliźniąt z lodu" są Sara i Angus Moorcroftowie - młode małżeństwo oraz ich córeczki - tytułowe bliźniaczki Lydia i Kirstie. Dziewczynki swój niezwykły przydomek "bliźnięta z lodu" zyskały dzięki swoim śnieżnobiałym włosom, mlecznej cerze i oczom w barwie zimnego błękitu, w dodatku przyszły na świat w najzimniejszą noc w roku.

Akcja książki rozpoczyna się w rok po tragicznej śmierci jednej z bliźniaczek. Poznajemy całą gamę uczuć jakie targają sercem matki usiłującej powrócić do normalnego życia po śmierci ukochanej córeczki. Ból ojca po stracie córki jest na początku książki ukazany jakby w tle, dlatego początkowo odnosiłam wrażenie, że Angus szybciej niż jego żona uporał się ze stratą dziecka. Czytając książkę przez długi czas nie wiadomo w jakich okolicznościach Moorcroftowie utracili dziecko, więc skłania to czytelnika do snucia różnych podejrzeń, czy domysłów. W książce irytującym i nużącym przerywnikiem były dla mnie niektóre opisy, które lekturze dodawały objętości, zaś niczego konkretnego nie wnosiły do fabuły.

Za szczyt głupoty uznałam przeprowadzkę Moorcroftów z Londynu na odludną wyspę Torran, zwaną też Wyspą Piorunów. Zrozumieć można, że rodzice pragnęli uciec od traumatycznych wspomnień, ale przecież mieli pod swa pieczą drugie dziecko, które również bardzo mocno przeżywało tą rodzinną tragedię! I w takiej sytuacji naprawdę trudno nazwać rozsądnym pomysłem osiedlenie się na odludziu, gdzie człowiek odcięty od świata, pozbawiony internetu i telefonu pozostaje sam na sam z mrocznym krajobrazem wyspy i ze swoimi ponurymi myślami.

Książka elektryzuje, trzyma czytelnika w napięciu do samego końca! Zakończenie zaskoczyło mnie, spodziewałam się zupełnie czegoś innego.

Polecam! "Bliźnięta z lodu" czyta się jednym tchem!

września 04, 2017

Muzyka w życiu osób nie(do)słyszących. Jak odbieram muzykę jako osoba niesłysząca?

Muzyka w życiu osób nie(do)słyszących. Jak odbieram muzykę jako osoba niesłysząca?
Sporo wody upłynęło w rzece od czasu, kiedy to stworzyłam na YouTube kanał, na którym miałam poruszać tematy obracające się między innymi wokół spraw osób nie(do)słyszących... Nagrałam raptem trzy czy cztery filmiki i na tym się zakończyła cała moja przygoda z YouTubem, pomimo bardzo pozytywnego odzewu ze strony widzów ;) No cóż... Ta cała zabawa z nagrywaniem, mizdrzeniem się do kamery, gadaniem, wstawianiem napisów, poprawianiem obrazu to zdecydowanie nie moja działka. Zwyczajnie nie mam cierpliwości ani czasu na tworzenie youtubowego show ;)

Po wrzuceniu któregoś filmiku na YouTube, otrzymałam sporo pytań od widzów o to czy muzyka ma dla mnie jakieś znaczenie. I miałam o tym opowiedzieć na wizji, ale ostatecznie opowiem o tym tutaj na blogu. Zdecydowanie wolę słowo pisane niż gadane ;)

Muzyka...

Wbrew przekonaniu wielu osób słyszących - muzyka i taniec istnieją w życiu osób zarówno niedosłyszących, implantowanych jak i głuchych. W świecie ciszy muzyki się nie słucha, lecz się ją odbiera. Osoby zupełnie głuche - muzyczne tony odbierają poprzez dotyk, czyli poprzez swoją wrażliwość na muzyczne wibracje i tak też tańczą - w rytm odczuwanych wibracji. Zaś osoby implantowane oraz niedosłyszące z zachowanymi resztkami słuchowymi (mogące korzystać z aparatów słuchowych) odbierają muzykę w sposób mieszany, czyli zarówno poprzez wibracje jak i cyfrowy słuch. Celowo piszę cyfrowy słuch, bo należy pamiętać o tym, że w implantach ślimakowych i nawet najlepszych aparatach słuchowych dźwięk nie brzmi w taki sam sposób jak dźwięk odbierany bezpośrednio przez ucho - potwierdzą to osoby, które kiedyś były słyszące, utraciły słuch, lecz pamiętają jeszcze dźwięki odbierane swoimi słyszącymi uszami i mogą porównać brzmienie melodii słyszanej uchem do melodii odbieranej cyfrowo poprzez aparat słuchowy bądź implant ślimakowy.

sierpnia 31, 2017

"Frida" autorstwa Bárbary Mujica. Powieść, nie biografia.

"Frida" autorstwa Bárbary Mujica. Powieść, nie biografia.

Nie potrafię powiedzieć kiedy i w jakich okolicznościach zainteresowałam się twórczością Fridy Kahlo i być może właśnie dlatego mam wrażenie, że to "od zawsze" jestem zafascynowana zarówno jej sztuką jak i niezwykłą osobowością.

Kilka dni temu wybrałam się do Empiku właśnie w poszukiwaniu jakiejś biografii Fridy i nawet nie musiałam jej długo szukać - książka Bárbary Mujica "Frida" od razu rzuciła mi się w oczy dzięki swej okładce w niezwykle żywych barwach.

W książce Bárbary Mujica narratorem jest siostra Fridy, Cristina, zwana też przez Fridę pieszczotliwie Cristi, książki tej zdecydowanie nie można nazwać biografią. W moim przekonaniu jest to tylko powieść, w której fikcja przeplata się z faktami. Dla autorki inspiracją była barwna postać Fridy oraz mocno podkoloryzowane wspomnienia Cristiny, zakompleksionej siostry artystki, która żyjąc w cieniu siostry, poprzez swą niską samoocenę wyraźnie usiłowała ukazać światu Fridę w negatywnym świetle.

sierpnia 13, 2017

Podróże małe i duże. Czego się obawiają osoby niesłyszące podczas podróżowania PKS, PKP, czy jazdy samochodem? I słów kilka o aplikacji Migam.

Podróże małe i duże. Czego się obawiają osoby niesłyszące podczas podróżowania PKS, PKP, czy jazdy samochodem? I słów kilka o aplikacji Migam.
Dzisiejszy wpis jest zainspirowany postem Dziewczyny z obrazka - "Mamy prawo się bać", autorka tak jak ja jest osobą niesłyszącą. Gdy opisywała swoje odczucia jakich doświadczyła podczas swej podróży PKP - jakbym czytała o własnych odczuciach. I są to odczucia większości nas niesłyszących.

Osobom słyszącym zdecydowanie łatwiej sobie wyobrazić z jakimi trudnościami podczas podróżowania PKP czy PKS borykają się osoby niewidome, niedowidzące, bądź mające niepełnosprawność ruchową. Mało ludzi zdaje sobie sprawę z tego, że dla wielu niesłyszących zwykła podróż może wiązać się z naprawdę wielkim stresem. 

Dlaczego?

sierpnia 06, 2017

Seks niesłyszących i dziwne pytania słyszących

Seks niesłyszących i dziwne pytania słyszących
Do napisania tego posta zainspirował mnie jeden z blogowych wpisów mojej koleżanki Zaniczki, poruszyła bardzo ciekawy temat - Temat seksualności niepełnosprawnych to nadal tabu.

A jak to jest z niesłyszącymi?

Zacznę od tego, że będąc nastolatką wśród swoich słyszących rówieśników bardzo często spotykałam się z opinią, że niesłyszący na pewno nie uprawiają seksu, bo nie wiedzą jak. Do dziś wprost nie mogę się nadziwić skąd wtenczas brało się takie przekonanie u niektórych słyszaków, że niesłyszący nie wiedzą jak czerpać przyjemność z posiadania ptaszka i myszki. Zresztą podobnie ludzie myślą na temat seksualności osób z niepełnosprawnością ruchową, czy wzrokową - mam wrażenie, że uważają tę grupę ludzi za wybitnie aseksualną.

sierpnia 03, 2017

Jak to jest być niesłyszącą mamą słyszącego dziecka? No jak? Normalnie :)

Jak to jest być niesłyszącą mamą słyszącego dziecka? No jak? Normalnie :)
- Ej, Luszka, jak to jest być niesłyszącą mamą? - to pytanie bardzo często pada z ust zarówno moich słyszących znajomych jak i nieznanych mi osób.
- No jak? Normalnie.

Baśka, moja córka słyszy. Jest inteligentną, wrażliwą 13-latką. Nigdy nie wstydziła się tego, że ma przygłuchawą matkę, przy której dość częste są komedie pomyłek przy odczytywaniu mowy z ust ;) A musicie wiedzieć, że przy odczytywaniu mowy z ust trzeba nieźle napracować się oczami, bo u każdej osoby inaczej się poruszają usta. Do zabawnych nieporozumień dochodzi, gdy różnie brzmiące słowa o różnych znaczeniach przy odczytywaniu z ust wyglądają niemal identycznie. Usta ruszają się podobnie, gdy mówisz np.: bułka-półka, groszek-proszek, gazeta-kaseta, pies-piec, mucha-puka, czy brzydkie dupa-kupa, chór-... :P Założę się, że w tym momencie niektórzy z Was wzięli lusterko, by to to sprawdzić :) Widzicie sami jak łatwo z siebie barana zrobić? :) Dlatego moje życie wśród słyszących to życie w stanie wiecznej czujności ;)


lipca 31, 2017

"Barszalona", czyli klimat szemranej barcelońskiej dzielnicy i irytująca Matylda...

"Barszalona", czyli klimat szemranej barcelońskiej dzielnicy i irytująca Matylda...

Barcelona może kojarzyć się z Gaudim, Picassem, multikolorową odzieżą Desigual, chocolate con churros, czy filmami Pedro Almodóvara... Mnie niezmiennie kojarzy się z Ferminem Romero de Torres, Danielem Sempere i tajemniczym Julianem Caraxem, bohaterami powieści Carlosa Zafóna. 

lipca 21, 2017

Ekologiczni hipokryci to my wszyscy

Ekologiczni hipokryci to my wszyscy


W ostatnich czasach wszystko to, co zawiera w sobie szczyptę eko i jest zaklasyfikowane do kategorii zdrowej żywności jest trendy. Nie da się zaprzeczyć, że ochrona środowiska, ochrona praw zwierząt, zdrowe żywienie w obecnych czasach powinno być już nie trendem, lecz koniecznością.

lipca 14, 2017

Barcelona. Jechać z nastolatkiem czy we dwoje?

Barcelona. Jechać z nastolatkiem czy we dwoje?
Dokładnie rok temu wróciliśmy z mężem z Barcelony, gdzie we dwoje spędziliśmy czas na
intensywnym zwiedzaniu zakątków tego niezwykłego miasta. A, że obecnie trwa jeszcze sezon urlopowy, sporo "dzieciatych" znajomych pyta mnie czy do Barcelony lepiej jechać z dzieckiem czy we dwoje?

kwietnia 28, 2017

Alfred "Al" Polok, artysta niezwykły i człowiek, przy którym uśmiechnie się nawet największy ponurak! Rozmowa o sztuce, ciszy, ludziach, tym co bliskie sercu...

Alfred "Al" Polok, artysta niezwykły i człowiek, przy którym uśmiechnie się nawet największy ponurak! Rozmowa o sztuce, ciszy, ludziach, tym co bliskie sercu...
Chciałabym, abyście dzisiaj poznali Alfreda Poloka, niezwykłego człowieka o artystycznej duszy, człowieka, od którego emanuje niesamowita pozytywna energia! Przyszykujcie sobie duży kubek gorącej kawy i wielki kawał ciasta, lektura bowiem będzie długa i niezwykle ciekawa!

Ja: Al, to jest zabawne, ale zanim poznałam Ciebie osobiście, najpierw poznałam Twoją twórczość artystyczną. W Twoich pracach jest tyle radości, ciepła, emanuje od nich niesamowita pozytywna energia, że kiedy poznałam Ciebie już osobiście odniosłam wrażenie, jakbym znała Ciebie już od zawsze. Opowiesz mi nieco na temat Twojej twórczości? Kiedy w Twoim życiu pojawił się ten moment, gdy odkryłeś, że malowanie to wspaniały sposób na wyrażenie siebie? Jaki był pierwszy impuls, pamiętasz?

AL: Pamiętam, pamiętam... A co do nas, to prezent od losu (szczery uśmiech), że znamy się „od zawsze”, bo - o ile ja też spostrzegłem i jeśli się nie mylę - łączy nas pozytywna energia w tworzeniu marzeń na podobraziu, co za tym idzie, sprawia nam radość taki przekaz ludziom poprzez sztukę, prawda? Jednak od osobowości artysty zależy jak dogaduje się, czy współpracuje z innymi artystami. Pamiętam: wieki temu na plenerze plastycznym dla amatorów, gdy natknąłem się na gościa, to warczał na mnie, bo mu przeszkadzałem, gapiąc się przez jego ramię, aby śledzić jak dyrygował pędzlem piękny obraz.
Cóż, zdarza się, że artysta wilkiem wobec innego wrażliwca. No dobrze, jaki był mój początek? Otóż w czasie ostatnich wakacji szkoły podstawowej w moje ręce wpadł z jakiejś serii obrazek dziewczynki w fartuszku z kolorowymi łatkami w stylu patchwork, więc zwyczajnie zacząłem kredkami odtworzyć ten malunek. Wyszedł wiernie co do kreski i całkiem fajnie. Coś we mnie tknęło... Czy wtedy odezwało się powołanie? Nie wiem, ale pomyślałem: czemu by nie spróbować dalej. Dalej szło jak w utworze „Bolera” Ravela, od spokojnego realizmu, poprzez ulubiony impresjonizm, do burzliwego ekspresjonizmu i bałaganiarskich eksperymentów (w ciemno) techniką mieszaną. Zawód zecera (odpowiednik dzisiejszego DTP) był zaklepany, więc postanowiłem uczyć się malarstwa jako samouk. Malowałem pejzaże z kalendarzy ściennych, papugowałem czy małpowałem dzieła sztuki z wszelkich albumów m.in. malarstwa francuskich impresjonistów, polskiego malarstwa z lat międzywojennych. Potężnym zastrzykiem dopingu w sensie wiary w moje możliwości, były również niesamowite obrazy Artystów Bez Rąk malujących ustami lub nogami. Muszę nadmienić, że w przygodę z malarstwem także
wciągnął mnie starszy Brat, którego pasja malowania okazała się słomianym ogniem, więc wrócił do wędkarstwa, a mnie popchnął dalej jak kulę kręglową w świat sztuki czyli wspierał mnie i zachęcał, bym się nie poddawał. Poza tym rzewnie wspominam, jak strasznie, niemal śliniąc, zapragnąłem „magicznych” farb olejnych. Kusiły mnie niemożebnie te rarytasy Karmańskiego - chłoptasiowi stojącego przed ladą w sklepie plastycznym dostępnym tylko dla artystów profesjonalnych. W końcu Tato przywiózł upragnione farby z ówczesnej Czechosłowacji, a ja o mało nie uderzyłem się głową o sufit w podskokach z radości. Dlatego do dziś zapach farb olejnych i terpentyny rozkręcają mnie do działania, tym bardziej podbudowując klimat tamtych lat.

Ja: Co jest dla Ciebie istotą sztuki?
Al: Czy mogę śmiało rzec, że sztuka wynika z samej istoty natury? Ba, może nawet Natura jest artystką? Sztuka rodzi się przecież z potrzeby zaimponowania partnerce czy partnerowi, a nawet rywalowi poprzez kunszt tańca, walki, stroju, śpiewu, poezji itd. A my malarze oczywiście naturalnie chcemy zamanifestować
w sposób twórczy swoją obecność, swój pogląd na świat. Zaś według mnie sztuka jest wyrażaniem emocji, realizowaniem marzeń, upiększaniem szarej rzeczywistości czy podkreślaniem jej realiów. Sztuka jest też wyrazem buntu, protestem na niesprawiedliwość i wszelkie zło, „rodzeniem z bólu” jakieś twórczej substancji, poprawianiem bądź tworzeniem nierealnego, intymnego świata w postaci wykonanego dzieła.

Ja: Jeździsz na plenery malarskie? Jak na Ciebie wpływa taka atmosfera plenerowa?

Al: Plenery malarskie, zwłaszcza około dziesięciodniowe to były najpiękniejsze moje urlopy, to niemal prawdziwa akademia malarstwa. Przede wszystkim warsztaty zawsze wyswobodziły moje skrzydełka stłamszone wcześniej codziennością, wtedy równie bardzo dobrze mi się malowało. To raz. Po drugie - atrakcyjne
miejsce, wystarczająco długi czas trwania dla realizacji artystycznych prac dały szerokie możliwości rozwoju osobowości od twórczej strony, a szczególnie pozytywnie wpływały na owocną współpracę między uczestnikami. Atmosfera plenerowa jaką wspominam to: podnoszony prywatny most za moimi zawodowymi sprawami, zapach olejnych farb, terpentyny i kawy rozpuszczalnej, dymek z papieroska w przerwie, wyswobodzony umysł, malowanie ramię w ramię z kompanem na łonie natury, wzajemne poszturchiwanie się łokciami, uśmiech radosny, śmiechy do rozpuku. Teraz prawie wcale nie jeżdżę na organizowane plenery, raczej prywatnie, ale wtedy, gdy mam siły i czas, a z tym niestety trochę trudniej jakoś.

Ja: Czy jest jakiś artysta, który w szczególności Ciebie inspiruje?

Al: Nie było szczególnego idola w całym moim życiu plastycznym. Mistrzowie pędzla zmieniali się jak zmieniało się moje malarstwo. Zanim pojawiła się króciutka fascynacja Szyszkinem i jego niesamowicie realistycznymi obrazami, nagle hurtem w moje twórcze życie wtargnęli francuscy i polscy impresjoniści, potem zaś z wielkim hukiem ekspresjoniści, na krótko wstąpił hiszpański malarz
El Greco, i jak wcześniej wspomniałem, darzyłem miłością autentyczną wobec Artystów Bez Rąk przez ogromne „A”. To wszystko kalendarzowo-albumowi przewodnicy wszelkiej twórczości. A w życiu realnym? Pewnego plenerowego, słonecznego dnia, pewna rezolutna Kumpela zafurczała do mnie tak: „Słuchaj Frugo, przestań papugować i małpować, zacznij myśleć po swojemu i zabierz się do pracy nad własnym stylem”. No więc ta dziewoja - czarodziejka, skaut i anioł w jednym, zbudziła mnie z nieuświadomionego letargu kopiowania czyiś umiejętności. Niemal po 20 latach poszukiwań, zaczęła się moja indywidualna ścieżka w świecie sztuki. Aha, aktualnie bardzo podobają mi się portrety Olgi Boznańskiej.
 

Ja: Obracasz się w kręgu niesłyszących artystów. Jakie były Twoje wrażenia podczas pierwszych artystycznych spotkań?

Al: Pierwszy raz w Przywidzu w 2001 r., uczestniczyłem na plenerze plastycznym dla artystów głuchych i słabosłyszących. Pozwól Luszko, że przypomnę tym, którzy mnie jeszcze nie znają, mianowicie jestem od urodzenia osobą słabosłyszącą, czytającą z ust, uchowany w świecie słyszących, od dziecka nosiłem aparat słuchowy. Więc tak naprawdę pierwszy raz w życiu stykałem się tam z PJM. Stałem z boku i obserwowałem długo i wytrwale na piękną mowę śmigających rąk. Po paru dniach cierpliwość została wynagrodzona, serdeczny przyjaciel, Głuchy posługujący się tylko PJM, życzliwie i z wyrozumiałością wprowadził mnie w jego świat ciszy. Raptem dołączyli się inni artyści, którzy, poprzez rozmowy nocne Polaków do białego rana, przyczynili się, że coraz chętniej poznawałem przebogaty język mowy ciała. Zresztą warsztaty plastyczne niesłyszących intergrują uczestników nie tylko w kwestii wymiany doświadczeń artystycznych, ale również poznawania czy doskonalenia naturalnego języka migowego.

Ja: Podczas jednej z naszych rozmów rzekłeś coś pięknego, mianowicie, że fascynuje Cię każdy człowiek, bo każdy według Ciebie ma do opowiedzenia swoją wyjątkową  historię. Jak myślisz... Czy artyści niesłyszący poprzez swoją sztukę snują inne opowieści niż słyszący?

Al: To oczywista oczywistość, że absolutnie każdy człowiek jest indywiduum i niebotyczną katedrą, do której się wchodzi zdejmując buty i cichutko na paluszkach obserwuje nie tylko jej skarby, ale i tajemnicze wnętrza często na amen zamknięte. Taka jest historia osoby, którą uwielbiam słuchać i ciągle się uczę słuchać, bo czasem nieuważnie potykam się o schody do bratniej duszy. Owszem zdarza mi się „łatwo powiedzieć", czyli generalizować, po którym mam wyrzuty sumienia, natomiast oczywiście uważam, że niegodziwością jest wrzucanie ludzi do jednego wora. Dlatego umówmy się, Luszko, że moje spostrzeżenia o niesłyszącym artyście, to osobiste sugestie jako Słabosłyszak, do których Głusi mają prawo mieć jakieś uwagi, ponieważ nigdy nie odczułem na własnej skórze,
jak to jest być totalnie głuchym. Tak na marginiesie, kiedy mam katar, to jestem głuchutki jak nietoperz bez głowy, ale to stanowczo za mało. A więc wracając do pytania podsuwam, powiedzmy sobie, taki przykład. Jakiś czas temu rzuciłem ciężkie kłody - w postaci bojowego zadania do wykonania - pod nogi artystów z grupy GAG (Grupa Artystów Głuchych), ale im większe oni podejmują wyzwanie, tym bardziej stroszą piórka ochoczo rozwartych skrzydeł, aż się pierzyło po całym dworze. W tym celu zorganizowałem w zamiarze wystawę - eksperyment w Opolskiej Filharmonii, pod tytułem „Muzyka zza ciszy”. Moi kochani Artyści mieli przedstawić w pracach z malarstwa, fotografii, grafiki i instalacji temat w ten sposób, żeby oglądający wystawę notabene słyszący(!) gość miał wizualne wrażenie "słyszenia" muzyki z ich dzieł, lub dowiedzieć się z artystycznego przekazu, jak Głuchy bądź Słabosłyszący czuje muzykę. Ostra ze mnie kosa, nie? W każdym razie, dzielna trupa gagowska wywiązała się z zadania nad wyraz śpiewająco, a ich twórcze
piórka jeszcze długo po wystawie fruwały. Właśnie tym wydarzeniem chciałbym podkreślić, że każda praca artystyczna „opowiadała” swoją odrębną historię, swoje indywidualne przeżycia artysty związane z muzyką. Wreszcie co mnie ujęło w pracach na tej wystawie, uprzejmie przypominając, że wypowiadam się jako osoba słabosłysząca. Jeśli się mylę, to, Drogie/dzy Czytelniczki/cy, zaproście mnie na dywanik do priva, a pokornie wysłucham. Otóż Głuchy lub osoba z dużym ubytkiem słuchu, odbiera dźwięki np. melodię czy rytm wzrokowo, ciałem, nawet organami wewnętrznymi, czy "szóstym zmysłem". Szczególnie zapamiętuje ulubioną muzykę, choćby jej skrawki, czy ją odtwarza gdzieś wewnątrz siebie wtedy, jeśli ma ona ścisły związek z ukochanym miejscem, z ruchem tanecznym baletnicy, erotycznym powabem piosenkarki lub gitarzysty. Co jeszcze zauważyłem? Dla Głuchego muzyką jest rozedrgany kolorami pejzaż, migotliwość odbitego światła i cieni na płaszczyźnie, słoneczne łatki, blask pereł w podwodnym świecie, ruch smyczków w orkiestrze, tlący się ognik w ciemności, chaos na ulicy. Mniej więcej sumując, sekwencja przesuwających się z rytmiczną konfiguracją różnych figur i kolorów sprawiają, że obraz gra. Poza tym, na podstawie jednego dzieła nie można oczywiście wyczytać wszystkiego z dużego kawałka życia artysty, tym bardziej całego życiorysu, Jego obrazy zmieniają się w zależności od życiowych epizodów. Są owszem wyjątki, słyszący artysta również może wzrokowo analizować dźwięczność świata wokół siebie. Trzeba jednak lat obserwacji, aby dostrzeć cienką różnicę artyzmu między głuchym a słyszącym artystą, nie mówiąc o talencie, doświadczeniu i potencjale.

Ja: Jak sądzisz, Al, co mogliby uczynić słyszący, aby pomóc niesłyszącym artystom w rozwijaniu ich talentów, pasji?

Al: Dobre pytanie! A wiesz, Luszko, że bywa odwrotnie. To głuchy artysta może przekazać wiele ze swojej twórczości Słyszakowi, jak na przykład w obrazach zaakcentować głębię ciszy. Pewien młody dżentelmen z Warszawy w ujmujący sposób pokazał, acz powalił mnie dokumentnie, czym jest brak melodii w jego otchłani bez dźwięku. Mianowicie wykonał instalację z prostej ramy w sensie harfy z jednakowo cieniuteńkimi żyłkami (wędkarskimi), niczym nieme struny. W życiu bym nie wymyślił czegoś tak wymownego. Ale odnośnie pytania, opowiem historyjkę znów przywidzką. Pewna bardzo wesoła Pani poprosiła mnie o pomoc, żebym ocenił jej obraz i ewentualnie coś doradził.
Przed moimi oczami ukazał się prześliczny obraz z kwiatami, niemal profesjonalny, ale wszystkie kwiaty w wazonie prezentowały się zbyt układnie, w jednakowym szyku. A ja dopiero co poznawałem PJM i nie miałem pojęcia jak zamigać "urozmaicić kompozycję", Na szczęście wpadłem szybko na pomysł, żeby pokazać poprzez pantomimę różne grymasy twarzy, jak te kwiatki mają się "zachować". Udało się! Bukiet od razu odzyskał ciekawsze światłocienia. Owa Pani mnie za to bardzo polubiła, i nie gniewała, że byłem zbyt wymagający. Poważnie - żeby pomóc niesłyszącemu początkującemu artyście, trzeba znać PJM i umieć po prostu podejść do niego jak zwyczajny, dobry znajomy z
sąsiedztwa. Gdy natomiast jest trudnym, niedostępnym człowiekiem, a chce pokochać sztukę i czuje do niej powołanie, to wtedy czuwać koło niego, czekać cierpliwie aż się odezwie, nie naciskać, dostrzegać jego postępy, a ewentualnie o błędach napomknąć na wesoło, z wyczuciem i w odpowiednich momentach, na tzw. "kanapkę". Zaś o taryfie ulgowej nie ma mowy.

Ja: Uwielbiasz podróżować po świecie, prawda? Czy któraś z tych podróży w jakiś szczególny sposób zapisała się w Twoim sercu?

Al: Ach, żebym mógł podróżować choć raz na miesiąc, niekoniecznie po świecie. Najbardziej mi zapadł w sercu pobyt w Norwegii, przeżyłem tam najpiękniejszą w życiu podróż pociągiem z Oslo do Bergen. Ponieważ to było nocą, zwłaszcza białą w środku lata, to paluchami przytrzymałem powieki moich oczu, żeby nie przegapić na śpiąco mijającego za oknem krajobrazu. A pajzaże takie, że miałem wrażenie, iż jestem na innej planecie. Jechałem wtedy do przyjaciółki, aby pomóc przetaszczyć z powrotem do Polski jej bagaże z całego półrocznego pobytu na stypendium artystycznym. Śmiechu było co niemiara. Kiedy w końcu zajechaliśmy do mojej chałupy, aby przekimać i nabrać siły do dalszej powrotnej drogi, ćwierć wsi lampiło się na nas, jakobym przywiózł świeżo poślubioną żonkę z całym jej dobytkiem. Z ostatnich aktualnych urlopowych wypadów, to wydaje mi się, że na zabój pokochałem rejsy promem czy stateczkiem po morzu. Jednak wciąż najukochańszym na świecie miejscem jest Bałtyk, może dlatego, że nie poznałem jeszcze wszystkich plaż. W dodatku powolutku rozwija się we mnie fascynacja dreptaniem po górach, czyli wiele, wiele przede mną.

Ja: Czy snujesz jakieś twórcze plany na najbliższy czas? Czy czekasz na spontaniczne nadejście weny?

Al: Mam zaklepany plan indywidualnej wystawy jesienią w Opolu. Na razie nie chcę o tym rozpowiadać, by nie zapeszyć, więc zacieram ręce, podwijam rękawy, szporuję kasę na płótna i tak dalej. Wena Twórczalska to, proszę Ciebie, arcyperfidna postać. To pannica ze spuszczonymi oczętami i ani jej się śni podejść do mnie. To ja muszę koło niej okręcić się na kolanach, ubłagać tak długo, aż ona będzie łaskawa chociaż chuchnąć na mnie. Ale zamiast zapachu terpentyny i farb, leci z jej buzi chemiczny zapaszek tabletek na depresje. Innym razem, gdy zaczynam malować w dość niewygodnych warunkach, tzn. nie wiem czy siedzieć, czy klęczeć, kapuśniaczek leci za kołnierzem, pędzle łysieją, brakuje ulubionych farb, za to biała olejna jak twaróg, nie ma gdzie i jak oprzeć podobrazie... A Wena T. jak kotka, nagle wskakuje na moje kolana, całuje moje rzęsy, szepcze do ucha najpiękniejsze wiersze, głaszcze moje skrzydła, czesze paluszkami moją brodę. Wtedy obraz powstaje jak burza piękna z piorunami. Naprawdę nie ściemiam. Im lepsze, komfortowe warunki, tym gorzej malowanie mi idzie, czy ciężko jakoś zacząć, a gdy są wariackie, spontaniczne kłopociki, to obraz też spontan.

Ja: Al, bardzo dziękuję za rozmowę!
Al: Dziękuję bardzo, Luszko!






kwietnia 24, 2017

Rozmowa z Małgosią Barwicką, aktywną działaczką PZG na temat jej pracy, pomysłów, a także kobiecych spraw :) Dużo zdjęć!

Rozmowa z Małgosią Barwicką, aktywną działaczką PZG na temat jej pracy, pomysłów, a także kobiecych spraw :) Dużo zdjęć!


Dzisiaj poznacie kolejną nietuzinkową osobę ze świata ciszy. Jest to Małgosia Barwicka, moja bliska koleżanka. Małgosia to osoba, której pogodny uśmiech nigdy nie znika z buzi. Z wdziękiem realizuje wiele ciekawych pomysłów i projektów.

Jeśli ktoś z osób słyszących twierdzi, że osoby żyjące w świecie ciszy są nieporadne, niesamodzielne i z uwagi na niedosłuch czy głuchotę niczego nie mogą zorganizować - takim biednym słyszącym bez wyobraźni mogę tylko się zaśmiać prosto w twarz. Małgosia jest żywym dowodem na to, że - chcieć to móc, całą sobą udowadnia, że osoby niesłyszące również mogą być wspaniałymi organizatorami, pracownikami biura, aktywnymi działaczami potrafiącymi współpracować z osobami słyszącymi.

Ja: Małgosiu, w środowisku niesłyszących wszyscy kojarzą Ciebie z aktywnych działań na rzecz PZG. Bardzo często organizujesz różne zajęcia i wycieczki. Powiedz skąd czerpiesz tyle pomysłów na aktywne i ciekawe spędzanie czasu z innymi?

Małgosia:
Naprawdę? (śmiech) To jest bardzo miłe uczucie, że jestem kojarzona w taki sposób. Mam mnóstwo pomysłów, z którymi chciałabym się dzielić. Trzeba po prostu tego chcieć. Moje projekty, które składam co roku pod koniec grudnia instytucjom publicznym np. do Urzędu Miasta czy do Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Tomaszowie (i nie tylko) są inspirowane z myślą o głuchych podopiecznych, żeby nie zamykali się w czterech ścianach, żeby się rozwijali i korzystali z szansy rozwoju, jaką oferuje głuchym Terenowy Ośrodek Rehabilitacji i Wsparcia Społecznego Niesłyszących w Tomaszowie (dawne Koło Terenowe). 

Każdego roku są realizowane inne projekty. W tym roku pierwszy raz zorganizowałam warsztaty kwiaciarskie, które były robione na zewnątrz i wewnątrz kwiaciarni. 
 Każda z kobitek uczestniczyła w warsztatach, gdzie najpierw pani właścicielka kwiaciarni demonstrowała jak wykonać różne ozdoby, stroiki z żywych kwiatów, a potem trzeba spróbować zrobić to samemu. To było nie lada wyzwanie, ale kobitki dały radę i wyszły piękne cuda.

Zorganizowałam też np. warsztaty kosmetyczne, bo chciałam pokazać kobitkom jak to jest być piękną, zadbaną. Każda z pań nie miała nigdy okazji skorzystać z takich przyjemności, a nawet bycia w salonach piękności, dlatego pomyślałam „czemu nie”. Dlatego omówiłam swój pomysł z koleżanką, która jest właścicielką salonu kosmetycznego (z której osobiście sama korzystam). 





Pomysł się wszystkim spodobał. Marta (kosmetyczka/wizażystka) bardzo się zaangażowała i chciała pokazać jak najwięcej, oczywiście każda kobitka była poddana jej zabiegom (bezbolesnym na szczęście 😀 ), i każda wyszła z salonu zadowolona, odmieniona, zrelaksowana i odmłodzona.


Do projektu na stałe wprowadziłam m. in. warsztaty kulinarne, gdzie pokazuję głuchym jak robić smaczne desery czy zdrowe koktajle.
A skąd wszystko czerpię? Często oglądam programy o tematyce kulinarnej, gdzie ukazane są różne przepyszne i sprawdzone przysmaki na różne okazje, czy podróżniczej – analizuję gdzie naprawdę warto pojechać. W tym roku mamy w planie zwiedzanie miasta Kopernika – Torunia.


Czasami pomysły przychodzą same mi do głowy.
Zawsze staram się, żeby głusi z Tomaszowa z przyjemności, jakie oferuje im tomaszowski Terenowy Ośrodek Rehabilitacji i Wsparcia Niesłyszących mieli jakieś fajne wspomnienia, które warto zbierać i pielęgnować, aby później do tych wspomnień z chęcią i przyjemnością wracać. Wszystkie realizowane projekty są z myślą o potrzebach głuchych. Jednak wszystkie projekty łączą się z finansami, które trzeba zdobywać.

Ja: Dużo podróżujesz zarówno po Polsce jak i po świecie. Jak uważasz, co dla osób niesłyszących stanowi największą przeszkodę w podróżowaniu? Czy np. na polskich dworcach PKS i PKP coś zmieniło się na lepsze?


Małgosia: Oczywiście, dużo podróżuję, czasami z grupą (jest raźniej). Wybieram wtedy sprawdzonych przyjaciół, z którymi nie sposób się nudzić. Czasami jeżdżę też sama. Największą przeszkodą głuchych w podróżowaniu stanowią finanse. 



Z reguły głusi mają niskie dochody, albo nie mają w ogóle pracy I brak umiejętności radzenia sobie ze sobą (zdarza się to u osób starszych, mających problem z pamięcią, z czytaniem). Z młodymi jest inaczej, są bardziej operatywni i spontaniczni. Wg mnie na polskich dworcach PKP czy PKS brakuje jeszcze zmian. Generalnie powinien być dostęp do tłumacza albo videotłumacza.

Ja:
Od długiego czasu wśród niesłyszących furorę robią wycieczki organizowane przez państwa Żurawskich. Uczestnicy tych wycieczek wracają zawsze zadowoleni i bardzo sobie chwalą bardzo dobrą pracę organizatorów. Jak myślisz, na czym polega fenomen tych wycieczek? 

 Małgosia: Tak, potwierdzam. Od kilku lat jeżdżę z Pawłem i Elą Żurawskimi na wycieczki przez nich organizowane. Można powiedzieć, że weszłam do tej grupy uczestników już na stałe (śmiech).

Wycieczki są dobrze przemyślane, zorganizowane, rewelacyjne, dopięte na ostatni guzik. Uczą też poznawania samego siebie, a co najważniejsze są pełne humoru i swobody. Mają w sobie coś „niezwykłego”. Nie potrafię tego ująć w słowa, po prostu trzeba być i przeżyć wspólnie przygody. Ich aura stwarza, że wycieczkowicze to jedna rodzina. Fenomen tkwi w samych Żurawskich 🙂

Ja: Też mi się tak wydaje, że serdeczność i fantastyczna osobowość państwa Żurawskich sprawia, że ludzie są gotowi wyruszyć z nimi nawet na koniec świata:) A teraz pogadamy o typowo babskich sprawach... Zdradzisz jaki jest sekret Twojej promiennej cery? Twój piękny uśmiech i pogoda ducha to bez wątpienia najlepszy kosmetyk. Czy masz jakieś ulubione kosmetyki, które poleciłabyś? 

 Małgosia: Bardzo mi miło usłyszeć takie komplementy. Człowiek po tych słowach jest pozytywnie nastawiony do świata. Jeśli chodzi o urodę to nie mam żadnych specjalnych sekretów, po części są to geny (banalnie mówiąc). Często się śmieję, bo śmiech to zdrowie 😀 a uśmiech na twarzy kobiety jest bardzo ważny, a przede wszystkim trzeba dbać o zęby, żeby uśmiech był zniewalający i przenosił się na innych. Trzeba mieć pozytywne nastawienie do życia 🙂
Poza tym w ogóle nie korzystam z solarium, maluję się tylko na szczególne okazje. W ogóle nie myję twarzy mydłem, bo wiadomo mydło wysusza skórę na twarzy, tylko wacikiem nasączonym płynem micelarnym i delikatnie ocieram twarz (skóra wokół oczu jest bardzo delikatna), szyję i dekolt. Później na twarz spryskuję w aerozolu wodę termalną Vichy (kupić można tylko w aptekach), następnie nakładam olejek (też do kupienia w aptece) i okrężnymi ruchami wykonuję masaż twarzy, szyi i dekoltu.
Taką czynność wykonuję codziennie rano i wieczorem. Po tym wszystkim czuję się zrelaksowana po całym dniu.
Poza tym cenię naturalność, doceniam piękność w każdym wieku. Szkoda tylko, że inni nie potrafią zaakceptować swojego wyglądu i poprzez stosowanie różnych „sztucznych poprawiaczy” niszczą swoje piękno.
Szczególną uwagę zwracam na zdrową żywność, piję dużo wody niegazowanej, soku karotka, nigdy nie słodzę, a jeśli już to do kawy stosuję cukier brązowy.

Ja: Małgosiu, czy znane są Tobie jakieś kosmetyki naturalne, których lubisz używać?
 

Małgosia: Kosmetyki, które używam na co dzień to od lat sprawdzony płyn micelarny Nivea, różne olejki do twarzy (np. ostatnio firmy Perfecta, można było kupić w Rossmannie albo olejek arganowy). Od czasu do czasu stosuję na twarz wodę termalną Vichy (szczególnie latem). Jeśli chodzi o kremy to polecam Cetaphil (też w aptekach). Kiedyś próbowałam różnych kremów, długo stosowałam sprawdzony i niezawodny krem Nivea, ale z wiekiem skóra u kobiet się zmienia. Krem nawilżający Cetaphil stosuję od dłuższego czasu i jest sprawdzony, polecam osobom o suchej i bardzo suchej skórze, i też problematycznej (sama przez wiele lat borykałam się z tym problemem). Kosztowało mnie to wiele cierpliwości i nakładów finansowych, ale się opłaciło, bo jestem zadowolona z efektów 🙂

Ja: Skoro już mówimy o pielęgnacji urody to czy mogłabyś opowiedzieć o zorganizowanym przez Ciebie spotkaniu w gabinecie kosmetycznym, gdzie grupę klientek stanowiły osoby niesłyszące?

 Małgosia: Spotkanie Ci opisałam w pierwszym pytaniu. Nadmienię tylko, że byłam tłumaczem, a obsługa głuchej kobitki nie stanowiła żadnego problemu dla kosmetyczki, a nawet sama próbowała porozumieć się w prosty sposób.

Ja: Jak myślisz, gdyby w gabinetach kosmetycznych był dostępny tłumacz, pracownik znający PJM lub wideotłumacz - czy niesłyszące kobiety częściej korzystałyby z tego typu usług?

 Małgosia: Oczywiście, jak najbardziej Każda z nas ma potrzebę być piękną. My, kobitki, musimy pokazać, podkreślić swoją naturalną kobiecość. Pozwolę sobie zamieścić motto Vivien Leigh „nie ma brzydkich kobiet, są tylko kobiety, które nie wiedzą, że są piękne”, które idealnie pasuje do tego tematu. Sprawdza się teoria, że jak zadbasz o siebie to będziesz miała lepsze samopoczucie i lepszy humor. I to jest najszczersza prawda J (np. moja mama jak chce sobie poprawić humor to leci na zakupy albo do fryzjera i przylatuje uśmiechnięta, odmieniona i odstresowana i jest spokój w domu 🙂 ).

Ja: Małgosiu, bardzo dziękuję Tobie za tą rozmowę i przede wszystkim za poświęcony czas, bo zdaję sobie sprawę, że ostatnio masz go niewiele. Bardzo się cieszę, że zgodziłaś się na publikację tej rozmowy, tych wszystkich zdjęć. Ukazanie cząstki Twojego życia to szansa na to, aby pokazać osobom słyszącym, że ludzie ze świata ciszy to ludzie tacy sami jak oni - potrafiący się cieszyć życiem, posiadający głowę pełną marzeń i przede wszystkim ludzie, z którymi warto współpracować :)

 

kwietnia 22, 2017

Renia i jej pasje. Krótka rozmowa o scrapbookingu i mandalach. Dużo zdjęć! :)

Renia i jej pasje. Krótka rozmowa o scrapbookingu i mandalach. Dużo zdjęć! :)
Kochani, no cóż... Planowałam na tym blogu regularnie coś publikować, ale jak zwykle - postanowienia swoje a życie swoje, człowiek coś planuje, a życie plany mu krzyżuje ;) Więc dzisiaj po długiej przerwie, bardzo chciałabym, abyście poznali moją koleżankę Renię Rosiek, którą uwielbiam za jej niezwykłe wewnętrzne ciepło, serdeczny uśmiech i dobroć, którą się odczuwa na wiele kilometrów (kto Renię zna, ten dobrze o tym wie :) ). Poza tym, jako miłośniczka rękodzieła artystycznego, wszelkich prac plastycznych jestem zachwycona twórczością Reni w tym zakresie, postanowiłam więc z nią o owej twórczości pogadać i za jej zgodą zaprezentować Wam jej wyjątkowe prace! Renia jest osobą niesłyszącą, obraca się zarówno w świecie ciszy jak i wśród ludzi słyszących.

Ja: Reniu, na Facebook'u prezentujesz wiele swoich pięknych prac rękodzielniczych. Wiele osób, w tym ja również, zachwycamy się techniką jaką tworzysz swoje prace. Co to za technika, którą wykonujesz swoje notesy?

Renia: Na początku pragnę przekazać, że miło mi, iż prace się podobają. Ozdabianie okładek notesów jest moim ulubionym hobby. Technika jaką stosuję to mixed-media. Ta, technika polega na mieszaniu mediów np: gesso, gel medium z farbami akrylowymi, mgiełkami oraz z różnymi dodatkami itp.


Ja: Czy sama wypracowałaś taki sposób tworzenia, czy ktoś lub coś Ciebie zainspirowało?

Renia: Nie. Na początku oglądałam prace innych Pań, które stosowały taką technikę. Miałam szczęście, że wcześniej zainteresowałam się scrapbookingiem od jednej głuchej osoby, która ozdabiała taką metodą, a raczej nadal ozdabia przepiękne kartki na różne okazje. Poprzez jej znajomych na Facebooku poznałam blogi tych pań, które wypracowały swój sposób ozdabiania notesów, kalendarzy, przepiśników tą techniką. One, również organizowały takie warsztaty, stąd nauczyłam się robić coś takiego. Po swojemu z czasem zaczęłam ozdabiać  okładki notesów, kalendarzy, przepiśników.

 Zdjęcie użytkownika Cisza Motyla - Nerena.



Ja: Malujesz cudowne mandale. Wiadomo, że mandala to wywodzący się hinduzimu symbol tworzony przez mnichów w trakcie medytacji. Podobno psychoanalityk i psychiatra Carl Gustav Jung odkrył, że malowanie mandali ma terapauetyczne działanie. Zgodzisz się z jego teorią? Co Ty sama odczuwasz tworząc takie mandale?

Renia: Tak, zgodzę się z teorią Junga, że mandale mają taką moc terapeutyczną w poznawaniu samoświadomości, samego siebie, swoich dobrych i złych stron. Rysowanie mandali pozwala poznać nas od strony duchowej, naszych działań. Jest też, jakby malutkim “krokiem naprzód” w tym, co robimy, jakie będą nasze działania na przyszłość. Malowanie mandal pobudza nieświadomość, kreatywność, poznawanie siebie samego, tego co jest w nas ukryte. Kolory oraz ich symbolika, figury, jakie znajdują się w tym kręgu to inaczej nasze ukryte uczucia, emocje itp. Po skończonym rysowaniu na spokojnie analizujemy to, co chcieliśmy oddać w kręgu, który jest takim bezpiecznym naszym miejscem. Przed malowaniem mandali należy się rozluźnić. Nie jest to mechaniczne ot takie rysowanie. Potrzeba odpowiedniego momentu, miejsca oraz chwili, aby spokojnie nad tym skupić.




Ja: Zauważyłam, że często jeździsz na różne zloty, na Comber na przykład. Co to takiego?
Renia: Takie zloty to inaczej spotkania wielu rękodzielniczek z całej Polski, a tak naprawdę “Scrapterek” tych od scrapbookingu, decoupage I nie tylko. Na tym zlocie różne sklepy scrapbookingowe wystawiają swoje produkty do wielu technik artystycznych. Odbywają w takich miejscach również pokazy, warsztaty, Scrapterki wymieniają swoimi doświadczeniami, wycinkami, kartkami itp. 

Zdjęcie użytkownika Cisza Motyla - Nerena.

Ja: To fantastyczna sprawa! A jak wyglądają Twoje relacje z osobami słyszącymi na takich zlotach? Jak się dogadujecie?
Renia: Na zlotach część scrapterek znam z Facebooka lub blogów, które prowadzą. Bardzo Dziękuję mojej głuchej znajomej za to, że wprowadziła mnie w ten świat. Z komunikacją z nimi nie ma problemów. Są bardzo tolerancyjne. Na zlotach nawet próbowały się nauczyć migać lub poruszać powoli ustami. Nawet, jak byłam na warsztatach i powiedziałam im, że nie słyszę - mówiły, że nie ma problemu, że będą mi wszystko pokazywać, albo mogą mi napisać na kartce to, co chciałyby powiedzieć, pomogą pokazać jak coś wyciąć lub skleić, doradzą. Wszystko to zależy od osobowości osoby prowadzącej takie warsztaty.


Ja: O, tak to prawda, Reniu - wszystko zależy zarówno od osobowości osoby prowadzącej, jak i jej dobrych chęci. Powiedz mi, jak sądzisz, czy dobrym pomysłem byłoby organizowanie warsztatów rękodzielniczych dla kobiet niesłyszących? Jaki typ rękodzieła najchętniej byś promowała wśród niesłyszących?

Renia: Uważam, że takie warsztaty byłyby  fajnym pomysłem. Ale...  niestety jako warsztaty płatne, ze względu na koszt materiałów do prac. Tłumacz języka migowego, też czasami musiałby się przydać. Co do propozycji, na początku, moim zdaniem można zacząć od czegoś łatwiejszego np. od tworzenia łatwiejszych kartek. A potem wprowadzić inne, bardziej skomplikowane techniki, przykładowo: mediowanie przedmiotów użytkowych lub do ozdoby tj. okładki, pudełka,  itp. tego, co będzie się niesłyszącym podobało.


Ja: Bardzo dobry pomysł, Reniu! Miejmy nadzieję, że ktoś kiedyś zechce organizować takie warsztaty dla niesłyszących. Byłaby to dla wielu osób okazja do wyjścia ze czterech ścian i okazja do rozwijania nowego hobby. 
Reniu, czy malujesz jakieś obrazy? Czy masz jakieś swoje ulubione, konkretne tematy w swojej twórczości?
 

Renia: Zależy, co maluję I w jakiej technice. Ostatnio polubiłam mandale, Zentangle® , które maluję od czasu do czasu wieloma technikami artystycznymi. Lubię wzornictwo, ozdabianie. Sprawiają mi ogromną radość, świetnie odziałowują na wzrok, samopoczucie, dla mnie mandale emitują pozytywne wibracje.

Ja: Reniu, bardzo dziękuję za poświęcony czas! Cieszę się, że opowiedziałaś o swoich artystycznych pasjach. Mam nadzieję, że to zainspiruje zarówno słyszących jak i niesłyszących do organizowania takich warsztatów, które by były świetną okazją nie tylko do tworzenia rękodzieła, ale także integrowania się. 



Copyright © 2016 Mrs Luszka pisze , Blogger