września 12, 2017

Moje ciało, moja sprawa. Coś o dietetycznych trucicielkach.

Moje ciało, moja sprawa. Coś o dietetycznych trucicielkach.
W ostatnich tygodniach ku mojej wielkiej radości przytyło mi się 6 kilogramów. Tak: radości! Nie przejęzyczyłam się :) Przy wzroście 164 cm ważę 66 kilo. Według dietetyków i tabeli BMI to jest jeszcze waga mieszcząca się w granicach normy. Natomiast wiele pań - szczególnie tych wiecznie liczących kalorie i szukających pod mikroskopem tłuszczu - twierdzi, że mam straszną nadwagę. Cóż, te 66 kilogramów to moja magiczna waga. Nie mogę ważyć ani więcej, ale też ani grama mniej, bo właśnie tylko przy tej wadze dobrze się czuję, ale i też korzystniej wyglądam - przynajmniej dla samej siebie. A dla mnie ważniejsze jest to, że podobam się sobie. Opinia żmij wysuszonych dietami mnie nie interesuje. A już najmniej mnie interesuje to, co szepczą za moimi plecami nieszczęśliwe facetki, u których podstawę diety stanowi liść sałaty i plaster ogórka, przy takiej diecie naprawdę trudno cieszyć się urokami życia i być szczęśliwym, a jeszcze trudniej o zdrowe zmysły.

Podkreślić muszę, że zauważyłam, iż kobiety, które z natury są bardzo szczuplutkie - nie czepiają się u innych nadwagi czy paru nadprogramowych kilogramów tak jak czynią to laski obsesyjnie liczące kalorie ;) Stąd wniosek, że prawdą są słowa Nieidealnej Anny (jednej z moich ulubionych blogerek, zajrzyjcie koniecznie na jej bloga!), że niektórych ludzi w innych najbardziej drażni to czego nie akceptują u samych siebie.

Z moją wagą, jak to u większości kobiet bywało i bywa różnie. Diet nie lubię, (gotować zresztą też nie, ale jeść za to kocham!), więc jeśli czasem wyglądam chudo to oznaka, że albo mam nadczynność tarczycy ze stresu, albo ze zmartwienia nie mam apetytu. Gdy moja waga oscyluje poniżej 60-tki, zawsze dużo gorzej wyglądam - zapadają mi się wówczas policzki, uwydatnia się moja kichawa, wyostrzają się rysy mojej twarzy. Wyglądam wtedy jak wiecznie wkurzona wiedźma. Więcej zaś nie mogę ważyć, bo mój organizm, a w szczególności kręgosłup bardzo źle reaguje na kilogramowe nadwyżki.


Do czego zmierzam? Że najważniejsze jest to, by polubić siebie samego, każdy powinien trzymać się takiej wagi, w której dobrze się czuje zarówno fizycznie jak i psychicznie, a zatem nie musi być to rozmiar mikro-S, ale też nie rozmiar w stylu matki Gilberta Grape'a. Nie musi to też być rozmiar narzucany przez koleżanki z pracy.

Znam wiele kobiet noszących rozmiar XL i nawet XXL, a są o wiele bardziej wysportowane, zdrowiej wyglądają niż niejedna wysuszona głodówkowymi dietami XS'ka, są też o wiele szczęśliwsze!
Doskonale jednak rozumiem, że są panie, które odczuwają potrzebę zrzucenia wagi, bo źle się czują z nadprogramowymi kilogramami, ale niech nie zatruwają życia innym swoim wiecznym gadaniem o konieczności liczenia kalorii. Owszem, można rzucić wzmiankę o tym, że jest się na diecie, żeby ciocia czy babcia nie podsuwała pod nos kuszących drożdżówek, ale też nie można czynić z diety, wyglądu, liczników kalorii tematu numer jeden, który przesłania inne, ważniejsze sprawy..


Tak, więc Droga Dietoholiczko, to, że Ty jesteś na diecie - to super, ale to nie znaczy, że musisz wiecznie udzielać porad dietetycznych tym którzy o to nie prosili i wręcz unikają takich tematów. Nie każdy jest dietoholikiem, a Ty nie bądź dietetyczną trucicielką.

I wiecie co.... Nie każda kobieta, która zrzuciła wagę wygląda w moich oczach korzystnie w rozmiarze XS. Znam takie, którym naprawdę było lepiej w rozmiarze M czy nawet XL, ale z grzeczności im tego nie powiem :) Bo po co? Bo mają się podobać sobie w wersji mikro, a nie mnie :)
























września 11, 2017

"Bliźnięta z lodu", porywająca książka S.K. Tremayne.

"Bliźnięta z lodu", porywająca książka S.K. Tremayne.

Głównymi bohaterami "Bliźniąt z lodu" są Sara i Angus Moorcroftowie - młode małżeństwo oraz ich córeczki - tytułowe bliźniaczki Lydia i Kirstie. Dziewczynki swój niezwykły przydomek "bliźnięta z lodu" zyskały dzięki swoim śnieżnobiałym włosom, mlecznej cerze i oczom w barwie zimnego błękitu, w dodatku przyszły na świat w najzimniejszą noc w roku.

Akcja książki rozpoczyna się w rok po tragicznej śmierci jednej z bliźniaczek. Poznajemy całą gamę uczuć jakie targają sercem matki usiłującej powrócić do normalnego życia po śmierci ukochanej córeczki. Ból ojca po stracie córki jest na początku książki ukazany jakby w tle, dlatego początkowo odnosiłam wrażenie, że Angus szybciej niż jego żona uporał się ze stratą dziecka. Czytając książkę przez długi czas nie wiadomo w jakich okolicznościach Moorcroftowie utracili dziecko, więc skłania to czytelnika do snucia różnych podejrzeń, czy domysłów. W książce irytującym i nużącym przerywnikiem były dla mnie niektóre opisy, które lekturze dodawały objętości, zaś niczego konkretnego nie wnosiły do fabuły.

Za szczyt głupoty uznałam przeprowadzkę Moorcroftów z Londynu na odludną wyspę Torran, zwaną też Wyspą Piorunów. Zrozumieć można, że rodzice pragnęli uciec od traumatycznych wspomnień, ale przecież mieli pod swa pieczą drugie dziecko, które również bardzo mocno przeżywało tą rodzinną tragedię! I w takiej sytuacji naprawdę trudno nazwać rozsądnym pomysłem osiedlenie się na odludziu, gdzie człowiek odcięty od świata, pozbawiony internetu i telefonu pozostaje sam na sam z mrocznym krajobrazem wyspy i ze swoimi ponurymi myślami.

Książka elektryzuje, trzyma czytelnika w napięciu do samego końca! Zakończenie zaskoczyło mnie, spodziewałam się zupełnie czegoś innego.

Polecam! "Bliźnięta z lodu" czyta się jednym tchem!

września 04, 2017

Muzyka w życiu osób nie(do)słyszących. Jak odbieram muzykę jako osoba niesłysząca?

Muzyka w życiu osób nie(do)słyszących. Jak odbieram muzykę jako osoba niesłysząca?
Sporo wody upłynęło w rzece od czasu, kiedy to stworzyłam na YouTube kanał, na którym miałam poruszać tematy obracające się między innymi wokół spraw osób nie(do)słyszących... Nagrałam raptem trzy czy cztery filmiki i na tym się zakończyła cała moja przygoda z YouTubem, pomimo bardzo pozytywnego odzewu ze strony widzów ;) No cóż... Ta cała zabawa z nagrywaniem, mizdrzeniem się do kamery, gadaniem, wstawianiem napisów, poprawianiem obrazu to zdecydowanie nie moja działka. Zwyczajnie nie mam cierpliwości ani czasu na tworzenie youtubowego show ;)

Po wrzuceniu któregoś filmiku na YouTube, otrzymałam sporo pytań od widzów o to czy muzyka ma dla mnie jakieś znaczenie. I miałam o tym opowiedzieć na wizji, ale ostatecznie opowiem o tym tutaj na blogu. Zdecydowanie wolę słowo pisane niż gadane ;)

Muzyka...

Wbrew przekonaniu wielu osób słyszących - muzyka i taniec istnieją w życiu osób zarówno niedosłyszących, implantowanych jak i głuchych. W świecie ciszy muzyki się nie słucha, lecz się ją odbiera. Osoby zupełnie głuche - muzyczne tony odbierają poprzez dotyk, czyli poprzez swoją wrażliwość na muzyczne wibracje i tak też tańczą - w rytm odczuwanych wibracji. Zaś osoby implantowane oraz niedosłyszące z zachowanymi resztkami słuchowymi (mogące korzystać z aparatów słuchowych) odbierają muzykę w sposób mieszany, czyli zarówno poprzez wibracje jak i cyfrowy słuch. Celowo piszę cyfrowy słuch, bo należy pamiętać o tym, że w implantach ślimakowych i nawet najlepszych aparatach słuchowych dźwięk nie brzmi w taki sam sposób jak dźwięk odbierany bezpośrednio przez ucho - potwierdzą to osoby, które kiedyś były słyszące, utraciły słuch, lecz pamiętają jeszcze dźwięki odbierane swoimi słyszącymi uszami i mogą porównać brzmienie melodii słyszanej uchem do melodii odbieranej cyfrowo poprzez aparat słuchowy bądź implant ślimakowy.

Słuch utraciłam będąc półtorarocznym brzdącem. Zatem nawet nie pamiętam
trelu ptaszków świergolaszków, ani romantycznego szumu wiatru ;) Jednak do około 24 roku życia jeszcze mogłam przy pomocy aparatu słuchowego usłyszeć coś niecoś z mocnych brzmień AC/DC, Metallica, U2 i Depeche Mode. Odbierałam muzę poprzez resztki słuchowe i wibracje, co niestety wiązało się z nastawianiem muzy na cały regulator (ach, moi biedni sąsiedzi...!). Niestety poprzez wibracje nie rozumiałam brzmienia słów piosenek, więc najpierw zapoznawałam się ze słowami piosenek w formie zapisanego tekstu, odkrywałam jak wibruje każde wypowiadane słowo. Było to w czasach szkoły podstawowej, bardzo mi w tym pomagał mój nauczyciel języka angielskiego, chętnie zostawał ze mną po lekcjach, to on pierwszy wpadł na to, abym poznawała wibracje  wypowiadanych słów poprzez przyłożenie dłoni do gardła osoby mówiącej.

Gdy tak w kółko odbierałam dźwiękowo-dotykowo swoje ulubione zespoły, potem znałam już na pamięć wibracje odpowiadające każdemu słowu, czy każdej nucie.  Obecnie nic już nie słyszę. Po masakrycznym zapaleniu ucha, które mnie dopadło tuż po urodzeniu córki moje uszy nie mają ochoty współpracować z aparatami słuchowymi. Po chorobie przez 13 lat nie miałam styczności z muzyką, którą tak kochałam. Nie ukrywam - brakowało mi jej, chociaż nie chciałam się do tego przyznać przed samą sobą.


Dwa lata  temu, gdy jechałam z córką samochodem, Baśka nagle odpaliła "Thunderstruck" na cały regulator. Jakież było moje ogromne zdumienie i jeszcze większe wzruszenie, gdy rozpoznałam tę muzykę po samych wibracjach bez dźwięku! Zalała mnie fala wspomnień z nastoletnich lat! Sądzę, że w rozpoznaniu muzyki pomogła mi bardzo dobra akustyka w samochodzie,
zapewniła mi ona dobre przewodzenie kostne. A szyby w samochodzie chyba tylko cudem nie eksplodowały :P Gdy tylko wróciłam do domu, wlazłam na YouTube i zaczęłam po kolei odpalać te utwory, które kiedyś w kółko odbierałam dotykiem i resztkami słuchowymi. Okazało się, że pamiętam drgnienie każdej nuty! Na całe życie zapamiętałam wibracje głównie takich utworów jak: "Thunderstruck", "The Razor's Edge", "Money talks", "Back to black", "Abroken frame" czy "The Fly".

Obecnie nowe utwory odbieram wyłącznie poprzez odczuwanie wibracji, bo po założeniu aparatu słuchowego o hiperwzmocnionym działaniu nie słyszę melodii - a to co ledwo , ledwo, ledwiuteńko wychwytuje moje ucho to jedynie jakieś trzaski i żałosny skowyt we mgle. Do wszczepienia implantu ślimakowego nie kwalifikuję się, pozostaje mi zatem cieszyć się, że mój układ nerwowy umożliwia odbiór muzy przez dotyk. Dlatego wciąż preferuję heavy metal i rock ;) Przyznam Wam, że za to na weselach dobrze mi się tańcuje w rytmach disco polo, bo świetnie czuję muzę, ale nie słyszę już tekstów piosenek :P

W taki sam sposób muzę odbiera jedna z moich ulubionych wokalistek Mandy Harvey. Laska słuch straciła dużo później niż ja,  zanim ogłuchła już potrafiła śpiewać, dlatego jako osoba głucha ma możliwość śpiewania dzięki swemu talentowi i rzecz jasna dzięki tryliardom godzin ćwiczeń. Tutaj możecie zerknąć jak jej śpiew poruszył nie tylko widzów, ale i wrednego czasem Simona ;)

Tak to wygląda.
Macie jeszcze jakieś pytania? :)


sierpnia 31, 2017

"Frida" autorstwa Bárbary Mujica. Powieść, nie biografia.

"Frida" autorstwa Bárbary Mujica. Powieść, nie biografia.

Nie potrafię powiedzieć kiedy i w jakich okolicznościach zainteresowałam się twórczością Fridy Kahlo i być może właśnie dlatego mam wrażenie, że to "od zawsze" jestem zafascynowana zarówno jej sztuką jak i niezwykłą osobowością.

Kilka dni temu wybrałam się do Empiku właśnie w poszukiwaniu jakiejś biografii Fridy i nawet nie musiałam jej długo szukać - książka Bárbary Mujica "Frida" od razu rzuciła mi się w oczy dzięki swej okładce w niezwykle żywych barwach.

W książce Bárbary Mujica narratorem jest siostra Fridy, Cristina, zwana też przez Fridę pieszczotliwie Cristi, książki tej zdecydowanie nie można nazwać biografią. W moim przekonaniu jest to tylko powieść, w której fikcja przeplata się z faktami. Dla autorki inspiracją była barwna postać Fridy oraz mocno podkoloryzowane wspomnienia Cristiny, zakompleksionej siostry artystki, która żyjąc w cieniu siostry, poprzez swą niską samoocenę wyraźnie usiłowała ukazać światu Fridę w negatywnym świetle.

Od pierwszych stronic poczułam do Cristiny antypatię. Ze słów Cristiny wyłania się obraz Magdaleny Carmen Friedy Kahlo y Calderón jako kobiety nie tylko utalentowanej, ekscentrycznej, ale i egoistycznej, pragnącej za wszelką cenę być w centrum uwagi, skłonnej do drobnych kradzieży. Tak ukazana postać Fridy kłóci się z Fridą ukazywaną w innych biografiach, także w biografiach Diega Rivery. Ta fikcja literacka niestety okazała się dla mnie wielkim zgrzytem... Co prawda Bárbara Mujica sama przyznała, iż w jej książce fakty przeplatają się z fikcją, w jej powieści ta fikcja wydaje się nad wyraz realistyczna i właśnie to nie bardzo mi przypadło do gustu. Nabrałam obaw, że osoby nie znające prawdziwej biografii Fridy mogą na podstawie tej powieści stworzyć w swych umysłach fałszywy wizerunek artystki.

Cristina twierdziła, że kochała Fridę. Odniosłam wrażenie, że to były tylko puste słowa. O swej miłości do siostry potrafiła jedynie pięknie mówić, jej czyny wyraźnie temu zaprzeczały. Sądzę, że każdy czytelnik dopatrzy się tego, iż w jej siostrzanym sercu przeważały robaczywe uczucia takie nienawiść i zawiść. Owszem, pielęgnowała obłożnie chorą Fridę, lecz czyniła to tylko z poczucia katolickiego obowiązku, nie z prawdziwej miłości do siostry. Opiekę nad umierającą Fridą traktowała wyłącznie jako narzuconą sobie pokutę za dopuszczenie się cudzołóstwa.

Powieść w pewnych momentach czytało mi się dosyć ciężko, nierzadko wręcz zmuszałam się, by dobrnąć do końca rozdziału. Wręcz irytowało mnie dość częste i jakże próżne podkreślanie przez Cristinę "przecież byłam ładniejsza od Fridy" i jej użalanie się nad złamanym sercem po rozstaniu z Diego w takim tonie jakby to Frida odebrała jej męża. Nudził mnie również opis romansu Fridy z Trockim, bo i tutaj Cristina w swej próżności musiała wtrącić, że "przecież była ładniejsza".

Czy polecam tę książkę? Tak, polecam,  pomimo swego rozczarowania tym, że książka nie okazała się biografią, warto po nią sięgnąć, gdyż jest powieścią osadzoną w meksykańskich realiach społecznych, politycznych i historycznych. Warto się zatopić w tej lekturze dla samych niezwykle barwnych opisów życia artystów.
Zapewniam, że niejeden czytelnik w trakcie czytania poczuje zapach farb, werniksu i świeżo zrobionych blejtramów...








sierpnia 13, 2017

Podróże małe i duże. Czego się obawiają osoby niesłyszące podczas podróżowania PKS, PKP, czy jazdy samochodem? I słów kilka o aplikacji Migam.

Podróże małe i duże. Czego się obawiają osoby niesłyszące podczas podróżowania PKS, PKP, czy jazdy samochodem? I słów kilka o aplikacji Migam.
Dzisiejszy wpis jest zainspirowany postem Dziewczyny z obrazka - "Mamy prawo się bać", autorka tak jak ja jest osobą niesłyszącą. Gdy opisywała swoje odczucia jakich doświadczyła podczas swej podróży PKP - jakbym czytała o własnych odczuciach. I są to odczucia większości nas niesłyszących.

Osobom słyszącym zdecydowanie łatwiej sobie wyobrazić z jakimi trudnościami podczas podróżowania PKP czy PKS borykają się osoby niewidome, niedowidzące, bądź mające niepełnosprawność ruchową. Mało ludzi zdaje sobie sprawę z tego, że dla wielu niesłyszących zwykła podróż może wiązać się z naprawdę wielkim stresem. 

Dlaczego?

Niesłyszący nie potrzebuje podjazdu na wózek. Nie potrzebuje specjalnie oznakowanych ścieżek specjalnych dla osób niewidomych. Niesłyszący potrzebuje przede wszystkim wizualnych informacji, które na dworcach przeważnie podawane są przez megafony. Zabrzmi to dziwnie, ale jeśli chodzi o mnie, o wiele łatwiej i przyjemniej podróżuje mi się samolotami, na lotniskach wszelkie informacje o lotach, zmianach godzin lotów, zmianach stanowisk podawane są na tablicach - tego wciąż brakuje na wielu polskich dworcach PKP i PKS. 

Łatwiej się podróżuje z dużych miast, zaś o wiele trudniej wyruszyć z mniejszej miejscowości czy jakiejś pipidówy, której czasami nawet nie pokazują na niektórych mapach. Jako osoba niesłysząca doskonale rozumiem, że trudności finansowe PKP czy PKS sprawiają, że nie każdy dworzec da się wyposażyć w dodatkowe tablice informacyjne, ale myślę, że wielu pracownikom PKS i PKP przydałby się kurs empatii, szkolenie w zakresie okazywania zwyczajnej ludzkiej uprzejmości, bo naprawdę nie jestem w stanie pojąć - dlaczego niektórym paniom w okienkach informacyjnych aż tak bardzo nie chce się napisać na kartce krótkiej informacji o zmianie kursu pociągu czy autobusu... Jeśli osoba niesłysząca podtyka jej kartkę z pisemną prośbą o informację to przecież szybciej zleci odpisanie jej niż gadanie do niej niczym katarynka: "Autobus/pociąg ma zmianę kursu.... Proszę mi nie zajmować kolejki... Mówiłam, że autobus/pociąg odjeżdża za godzinę....Proszę już iść, bo inni czekają! Ile razy mam powtarzać, że ten autobus/pociąg będzie jechał za godzinę! Proszę w końcu wyjść i nie blokować mi kolejki!... Ple... ple... ple... Ple...!"

Mnie jako osobie niesłyszącej, która ma możliwość werbalnego porozumiewania się jest o wiele łatwiej niż niesłyszącym, którzy tylko migają. Ja taką paniusię mogę jeszcze postawić do pionu słowami: "Elo, gdzie jest pani szef? Czy mogę z nim pogadać na temat braku pani uprzejmości? Mam zamiar mu powiedzieć, że swoim zachowaniem pani psuje wizerunek PKP/PKS". Nie ukrywam, że chamstwo z jakim się spotykam u słyszących wyzwala we mnie najgorsze instynkty, a gębę niestety mam niewyparzoną... A co ma zrobić osoba niesłysząca, która tylko miga? Co ma zrobić osoba niesłysząca, która nie zawsze podróżuje w asyście osoby, która jej przetłumaczy coś na Polski Język Migowy? Takiej osobie trudno się obronić przed chamskim zachowaniem osoby, której się zdaje , że poprzez grzanie krzesła w okienku informacyjnym staje się pępkiem świata. Takim niesłyszącym jest naprawdę trudno, takie podróże wiążą się dla nich z wielkim stresem przez co ich unikają. A posiadanie prawa jazdy to dla wielu niesłyszących w Polsce to wciąż marzenie nie do zrealizowania, nie tylko z braku finansów na kurs prawka,  ale i z braku tłumaczy na egzaminach (być może szerzej napiszę o tym problemie w innym poście). A pamiętajcie, że tłumacz języka migowego jest takim samym tłumaczem jak tłumacz niemieckiego czy angielskiego czy japońskiego, nie powinien pracować charytatywnie, bo niestety niektórym wydaje się, że tłumacze Polskiego Języka Migowego żywią się powietrzem, zapominają, że taki tłumacz też płaci rachunki, też ma rodzinę do wykarmienia, więc i jemu należy zapłacić. Warto więc pomyśleć o abonamencie w Migam, by mieć dostęp do tłumacza online.

Chwała migam.org ! Dworce, gdzie jest możliwość skorzystania z tłumaczenia na język migowy dzięki tłumaczom online to wybawienie dla tysięcy niesłyszących w Polsce! Problem jednak mają niedosłyszące, które zazwyczaj nie znają języka migowego - do nich wypadałoby pisać na kartce, ewentualnie na wyświetlaczu telefonu (tak jak się pisze sms). O aplikacji Migam powinien wiedzieć każdy - także słyszący, aby mógł polecić innym, którzy jeszcze nie wiedzą o jej istnieniu, a są tacy.

Czego ja się obawiam podczas podróżowania?...

Otóż podróżując samotnie samochodem jadę zawsze z obawą, że zdarzy mi się sytuacja, że będę musiała wezwać pogotowie czy policję... W Polsce nie ma ujednoliconego numeru alarmowego dla niesłyszących. Pomyślcie, kochani moi - trafia taki niesłyszak jak ja na poważny wypadek drogowy, widzi, że potrzebna komuś pomoc medyka i co robi? Wysyła najpierw sms do kogoś słyszącego ze znajomych lub rodziny. Pomyślcie, o ile skraca to czas przyjazdu służb ratunkowych, gdy najpierw trzeba sms-ować po rodzinie by wezwała pogotowie, jeszcze sms'owo tłumaczyć gdzie dokładnie zdarzył się wypadek... Pół biedy jeśli ma policjanta czy lekarza w rodzinie lub w kręgu znajomych.
Żyjemy w dobie cudownych technologii, ale Polska jest daleko w tyle jeśli chodzi o sprawy ułatwiające życie niesłyszącym. A naprawdę warto byłoby zadbać o to, żeby niesłyszak mógł uratować życie słyszakowi poprzez szybkie, sprawne wezwanie pogotowia...
Druga rzecz, która mnie napawa strachem... Migreny, które miewam często. Jako osoba niesłysząca podczas jazdy wyostrzam wszystkie swoje pozostałe zmysły. Oczy mam dookoła głowy. Do dziś w mojej głowie, niczym czerwona lampka świecą słowa mojego instruktora "Ty musisz uważać bardziej niż słyszący. W razie wypadku, nawet jeśli to nie będzie Twoja wina - słyszący niestety mają tendencję do zwalania winy na niesłyszącego kierowcę." I kurde, wypadku jeszcze nie spowodowałam, ale od tego uważania, jazdy z postawą na baczność po prostu łeb mi wysiada... Mam napady migreny po stresujących sytuacjach i zawsze po długiej jeździe samochodem po zakorkowanym mieście... A na prochach przeciwbólowych przecież jeździć nie będę, wiec rozważam zakup abonamentu w T-mobile specjalnie dla Głuchych, by móc skorzystać z aplikacji Migam.

Moją bolączką jest także prowadzenie samochodu w towarzystwie pasażera, który bez przerwy kłapie ozorem i podczas jazdy co chwilę klepie mnie dając do zrozumienia, że ma ochotę na pogawędki... Odczytuję mowę z ust, więc do szału doprowadza mnie wieczne upominanie takiego pasażera, że ja podczas jazdy w ogóle nie rozmawiam, bo nie mam ochoty wylądować na masce jadącej z naprzeciwka ciężarówki. Jakiś czas temu wiozłam koleżankę z jej znajomą, która mimo moich próśb, żeby mnie nie zagadywać w czasie jazdy - bez przerwy coś nawijała i co chwilę gwałtownie klepała w ramię. Niesłyszącej osobie nawet nie muszę tłumaczyć jakie to jest wkurwiające zachowanie, ale słyszące osoby powinny dla własnego bezpieczeństwa powinny mieć świadomość, że takie klepanie niesłyszącego kierowcy to nie tylko rozpraszanie, ale i zwiększanie ryzyka wypadku. Gadanie mogę olać (zresztą i tak olewam osoby, które wpadają w słowotok nie dając przy tym innym dojść do słowa), ale klepania już nie - bo to sprawa życia i śmierci, nie tylko mojej.

Nawet, gdy uczyłam się jazdy - moi instruktorzy nigdy nie klepali mnie, nawet wtedy, gdy zdarzyło mi się popełnić jakiś błąd czy pojechać złą trasą. I nigdy nie gadali w czasie jazdy - stworzyliśmy między sobą system własnych gestów, które pokazywali tak, abym widziała kątem oka w czasie jazdy. Gdy mieli mi coś do powiedzenia - dawali znak: "zjedź na pobocze", wtedy zjeżdżałam, a oni dopiero wtedy mówili to co trzeba. Nigdy w czasie jazdy.



 








sierpnia 06, 2017

Seks niesłyszących i dziwne pytania słyszących

Seks niesłyszących i dziwne pytania słyszących
Do napisania tego posta zainspirował mnie jeden z blogowych wpisów mojej koleżanki Zaniczki, poruszyła bardzo ciekawy temat - Temat seksualności niepełnosprawnych to nadal tabu.

A jak to jest z niesłyszącymi?

Zacznę od tego, że będąc nastolatką wśród swoich słyszących rówieśników bardzo często spotykałam się z opinią, że niesłyszący na pewno nie uprawiają seksu, bo nie wiedzą jak. Do dziś wprost nie mogę się nadziwić skąd wtenczas brało się takie przekonanie u niektórych słyszaków, że niesłyszący nie wiedzą jak czerpać przyjemność z posiadania ptaszka i myszki. Zresztą podobnie ludzie myślą na temat seksualności osób z niepełnosprawnością ruchową, czy wzrokową - mam wrażenie, że uważają tę grupę ludzi za wybitnie aseksualną.

Wszyscy jesteśmy ludźmi. Czy to sprawni, czy głusi, czy niedosłyszący, czy mający niepełnosprawność ruchową czy wzrokową - wszyscy się jaramy seksem, wszyscy lubimy rozmowy o ptaszkach i słodkich dziurkach, każdemu z nas słowo "piersi" nie kojarzy się wyłącznie z filetem z kurczaka... Aseksualność nie ma związku z niepełnosprawnością.
Jedna z moich niesłyszących koleżanek, która przez całą podstawówkę i liceum pomieszkiwała w internacie przy szkole dla niesłyszących powiedziała: "W naszym internacie eksperymentowało się z seksem na prawo i na lewo. Dziewczyny się licytowały, która z kim się najwięcej całowała czy komu odbiła faceta. Chłopacy rozmawiając o dziewczynach swoje komentarze zaczynali od komentowania rozmiaru biustu. Rozwiązłość jest taka sama jak wśród słyszących." Jednak gdyby tak spisać jej barwne opowieści - można by mieć gotowy scenariusz na film, przy którym "50 twarzy Greya" wypadnie blado. Ja w internacie nie pomieszkiwałam, więc słuchając takich historii czułam się niemal jak zakonnica.
Głusi są wzrokowcami, przywiązują szczególną wagę do oprawy wizualnej całej erotycznej zabawy, zbędne im jest słyszenie jęków i stęków, które ponoć tak podniecają słuchowców. Za to często kochają się przy zapalonym świetle - więc, gdy zobaczycie podczas nocnego spaceru jakiś blok, w którym pali się tylko jedno światło - niekoniecznie musi to być ktoś kto akurat po nocach pisze pracę magisterską ;) Tak więc, głuchota czy niedosłuch - wbrew przekonaniu wielu słyszących - wcale nie sprawia, że dla nie(do)słyszącego osobnika seks będzie stanowił abstrakcję i będzie wiódł smutne życie w celibacie. Uszy mogą być fetyszem, ale do seksu słuch nie jest niezbędny.
W moim życiu zadawano mi najróżniejsze przedziwne pytania, jednak ludzkość nigdy nie przestanie mnie zadziwiać swoimi pytaniami dotyczącymi życia seksualnego niesłyszących... Odpowiem Wam tutaj tylko na wybrane  pytania od czytelników. Resztę odpuszczę, bo brzmią bardzo podobnie ;)

"Życie seksualne niesłyszących musi być nudne."

To jest raczej stwierdzenie, nie pytanie. Jestem bardzo ciekawa skąd taki wniosek? Czyżby ta osoba śledziła łóżkowe igraszki niesłyszących skoro doszła do takiego wniosku? Umówmy się kochani, że jeśli czegoś nie wiecie na temat nie(do)słyszących - to lepiej nas zapytajcie, zamiast tworzyć kolejne i doprawdy zabawne mity na nasz temat :)

"Kto ci powiedział jak się uprawia seks? Ginekolog?"
Poszłam do ginekologa, rozłożyłam się na ginekologicznym fotelu i sfrustrowana powiedziałam "Panie doktorze, nie wiem jak się uprawia seks. Proszę mi to pokazać!" - tak to sobie wyobrażaliście? No, kochani... Litości ;)
 
Za moich czasów - czyli dla wielu nastolatków oznacza, że było to prawie w średniowieczu - nie było internetu pękającego w szwach od informacji o seksie i filmików pornograficznych, ale były wydawane czasopisma młodzieżowe takie jak "Dziewczyna", "Popcorn" czy "Bravo Girl", zamieszczano w nich rubryki, z których można było zaczerpnąć wiedzę o tym i owym w sprawach łóżkowych. Także od starszych doświadczonych koleżanek można było dowiedzieć się wielu sprośnych, a więc jakże ciekawych rzeczy. 
Znana była też w gronie moich rówieśniczek książka "O dziewczętach dla dziewcząt" autorstwa Andrzeja Jaczewskiego na temat dojrzewania, seksualności we wszystkich jej wymiarach, stanowiła ona dla nas niesamowitą kopalnię wiedzy.
Myślałam, że zejdę na zawał, gdy w owej książce po raz pierwszy ujrzałam  ilustrację gołego faceta! I nie uwierzycie, ale tę książkę podarował mi w tajemnicy... dziadek! Zazwyczaj był małomówny, ale wręczając mi tę książkę powiedział coś  co zabrzmiało dla mnie niemal jak uroczyste przemówienie: "Ciotka Irena skądś miała tę książkę. Są tutaj takie rzeczy, o których nikt nie rozmawia. A ty lepiej, żebyś o tym już wiedziała. Poczytaj sobie." Miałam wtedy chyba 10 lat, więc nawet nie muszę Wam mówić jak bardzo mnie uradował ten prezent od dziadka. Dziadek w swej altance na działce pod stołem trzymał dużo takiej "interesującej" literatury, zdaje się, że przechowywał po swoich córkach a moich ciotkach. Nie zabrakło tam też legendarnej "Sztuki kochania" Michaliny Wisłockiej. To była tylko teoria, na praktykę czas przyszedł wiele lat później, ale tego tutaj już raczej nie opiszę, bo córka też zagląda na tego bloga :P

"Czy brak słuchu przeszkadza w seksie?" 

Niby dlaczego brak słuchu ma przeszkadzać? Seks to nie nauka gry na flecie (oczywiście mówię o instrumencie muzycznym). Mnie wszechobecna cisza nie przeszkadza. Nawet się cieszę, że nie jest mi dane słyszeć trzeszczącego łóżka, takie dźwięki chyba by mnie rozpraszały. Jestem wzrokowcem i jest dobrze ;)

"A co gdyby Twój partner chciał coś powiedzieć w czasie seksu?" 

Może są jakieś pary, które w trakcie miłosnych igraszek rozmawiają o niezapłaconych rachunkach za prąd. Ja nie odczuwam potrzeby rozmawiania w takich chwilach. Jak coś nie pasuje, wystarczy, że sobie z mężem pokażemy :P A jak inni niesłyszący? Zapytajcie ich bezpośrednio, nie będę się wypowiadała w ich imieniu :)

"Męski głos jest jak afrodyzjak, działa podniecająco na kobiety, więc jak jest z Tobą?"
Jak wcześniej wspomniałam, jestem wzrokowcem, lecz oprócz wzroku mam też wyostrzone inne zmysły - dotyku i węchu. Zatem tembr męskiego głosu nie wzbudzi we mnie pożądania :) Inaczej sprawy się mają, gdy przyłożę mężowi dłoń do gardła - rzecz jasna nie po to, aby go udusić w ekstazie - ale żeby poczuć wibracje jego głosu. Poza tym, to co jest afrodyzjakiem dla Ciebie - niekoniecznie musi być afrodyzjakiem dla innych ;)

I co, kochani? 
Nadal uważacie życie seksualne niesłyszących za nudne? ;)

sierpnia 03, 2017

Jak to jest być niesłyszącą mamą słyszącego dziecka? No jak? Normalnie :)

Jak to jest być niesłyszącą mamą słyszącego dziecka? No jak? Normalnie :)
- Ej, Luszka, jak to jest być niesłyszącą mamą? - to pytanie bardzo często pada z ust zarówno moich słyszących znajomych jak i nieznanych mi osób.
- No jak? Normalnie.

Baśka, moja córka słyszy. Jest inteligentną, wrażliwą 13-latką. Nigdy nie wstydziła się tego, że ma przygłuchawą matkę, przy której dość częste są komedie pomyłek przy odczytywaniu mowy z ust ;) A musicie wiedzieć, że przy odczytywaniu mowy z ust trzeba nieźle napracować się oczami, bo u każdej osoby inaczej się poruszają usta. Do zabawnych nieporozumień dochodzi, gdy różnie brzmiące słowa o różnych znaczeniach przy odczytywaniu z ust wyglądają niemal identycznie. Usta ruszają się podobnie, gdy mówisz np.: bułka-półka, groszek-proszek, gazeta-kaseta, pies-piec, mucha-puka, czy brzydkie dupa-kupa, chór-... :P Założę się, że w tym momencie niektórzy z Was wzięli lusterko, by to to sprawdzić :) Widzicie sami jak łatwo z siebie barana zrobić? :) Dlatego moje życie wśród słyszących to życie w stanie wiecznej czujności ;)


Dla mojej córki zamiganie do mnie paru słów w obecności koleżanek nie stanowi powodu do wstydu. W sklepach z własnej inicjatywy powtarza mi co mówią laski przy kasie, bo często tonę w ich potoku słów, gdy proponują mi jakieś karty stałego klienta czy rabaty ;) W sklepach,w  których regularnie robię zakupy w towarzystwie Baśki - już nas znają, dzięki Baśce wiedzą już w jaki sposób się do mnie zwracać. Co za ulga! :)

Także w rozmowach z jej koleżankami często pojawia się temat związany ze sprawami, różnymi problemami osób niesłyszących, dzięki Basi nie jest to dla nich temat tabu. Gdy w "Tańcu z Gwiazdami" występowała moja koleżanka Iwona Cichosz - wszystkie gimnazjalistki jej gorąco kibicowały i mocno przeżywały każdy występ Iwony. Mimo, że Iwona nie zdobyła Kryształowej Kuli - dziewczyny zgodnie stwierdziły, że za zwyciężczynię tego programu i tak uważają Iwonę. I sobie wyobraźcie, że to właśnie od jednej z koleżanek Basi dowiedziałam się o istnieniu ciekawej mangi, w której bohaterką jest niesłysząca laska, która nosi  aparaty słuchowe i ma jeszcze fryzurę podobną do mojej ;) Komiks ten polecam nie tylko młodzieży, ale także rodzicom, nauczycielom, pedagogom szkolnym - może on stanowić ciekawą bazę do rozmów na temat występowania zjawiska nietolerancji w szkole, czy konieczności wzajemnego wspierania się w trudnych chwilach.

W moim byciu niesłyszącą mamą bywają zarówno radosne jak i przykre sytuacje. Tych przykrych na szczęście jest mniej. Nigdy nie doświadczyłam dyskryminacji, czy nieprzyjemnych sytuacji w szkole córki. Nauczyciele zawsze byli wyrozumiali, wiedzą, że nie przychodzę na wywiadówki nie dlatego, że olewam szkolne postępy córki, a dlatego, że i tak nic nie usłyszę na takim zebraniu. Umawiam się z wychowawczynią na spotkania w cztery oczy, albo kontaktujemy się poprzez dziennik elektroniczny (o, jakież to wybawienie!). Jeśli chodzi o rówieśników Baśki to nikt nigdy nie dokuczał jej z powodu słuchowej oryginalności jej matki ;) Ba! Z wieloma koleżankami córki często rozmawiam właśnie przez messengera, dla wielu jestem taka Pani Dobra Rada Online ;)

Rzadko spotykam się z jakimiś ekstremalnie nieprzyjemnymi sytuacjami. Jeśli już to zazwyczaj w gabinetach lekarskich lub urzędach... No, ale nie trzeba być koniecznie nie(do)słyszącym, aby doświadczyć na własnej skórze humorów sfrustrowanych lekarzy czy urzędniczek, prawda? ;) Jeśli trafiam na kogoś wyjątkowo antypatycznego - mówię czy piszę wprost, że nie musi mnie lubić, ale musi odnosić się z szacunkiem. Wprost nie znoszę ludzi, którzy z racji swojego lepszego słuchu uzurpują sobie prawo do narzucania mi swojego widzimisię. Nie znoszę też litości. Jestem chora, gdy rzucam np. w biurze podróży informację "Ładnie proszę, żeby pani do mnie wolno mówiła, bo nie słyszę, odczytuję mowę z ust" a pani zalewa mnie słowami "O, mój Boże, to straszne!...", "Bardzo pani współczuję...", "Pani taka młoda a już nie słyszy..." No wybaczcie, ale takie słowa brzmią dla mnie niemal jak kondolencje ;)



Z czym bywa ciężko?...
Cóż. Życzyłabym sobie i innym niesłyszącym, aby w Polsce na dworcach PKP czy PKS było więcej pisemnych komunikatów o wszelkich zmianach w kursowaniu pociągów czy autobusów. Życzyłabym także, aby słyszący byli bardziej otwarci na pisemne porozumiewanie się z niesłyszącymi. Pamiętam jaki szok przeżyłam, gdy ponad 10 lat temu po raz pierwszy wyjechałam do Anglii i tam nikogo nie dziwiło to, że nie słyszę i po angielsku mogę się tylko pisemnie porozumieć. W naszym poczciwym kraju często mam problem by doprosić się o napisanie na kartce paru słów. Przyznać trzeba, że jednak z roku na rok ta sytuacja bardzo się poprawia :) Pisemna komunikacja to naprawdę fajna rzecz ;)



Nie ukrywam, że strasznie mnie denerwuje, gdy trafiam na kogoś komu się wydaje, że przez to, że nie słyszę jestem intelektualną niedołęgą i życiową ofermą. Ponoć wyglądam na bardzo spokojną i potulną osobę, więc wielu ludzi zdążyłam już wprawić w totalne osłupienie, gdy ostro reagowałam na ich jawny brak szacunku wobec mojej osoby lub przesadne wtrącanie się w moje życie. No cóż, Szok się nazywam, więc wypadałoby czasem poszokować ludzi ;) W tym wyrosła moja córka - wie, że jej matka jest głucha jak pień, ale radzi sobie jak może, orze jak może i się ceni. I uwierzcie mi, nie jestem wyjątkową mamuśką, bo takich matek jak ja jest wiele tylko o tym u nas się nie mówi. Są matki głuche, przygłuche, słabosłyszące, mające implanty ślimakowe bywa im ciężko z porozumiewaniem się ze słyszącymi, ale radzą sobie, pracują, studiują. Są szczęśliwe na swój sposób.
 
Radzę sobie normalnie. Mówię, migam, piszę na kartce, piszę sms-y. Mam prawo jazdy (i jak na razie żadnego wypadku nie spowodowałam, auta jeszcze nie porysowałam), więc córkę i koleżanki wożę tu i tam. Podróżuję po świecie, po angielsku dogadam się wszędzie pisemnie. Jedynie co mnie różni od słyszącej matki - to, że nie rozmawiam przez telefon i nie śpiewam ;) Takie straszne? Jak widać, nie bardzo :)

Głuchota? Niedosłuch? Da się z tym fantem żyć? Da się :)

Jak? Nie pytaj o to osoby słyszącej. Zapytaj o to kogoś, kto z żyje za pan brat z głuchotą lub słuchem nieidealnym ;) I pamiętajcie - nieco inaczej głuchotę postrzega osoba, która jest głucha od urodzenia lub słuch utraciła we wczesnym dzieciństwie, a zupełnie inaczej osoba, która słuch straciła dużo później.


Nie masz pewności co nam nie(do)słyszakom utrudnia odczytywanie mowy z ust? Zrób sobie ściągę z poniższych obrazków ;)

I jeśli czujesz się niezręcznie, bo boisz się, że strzelisz jakąś gafę? Nie przejmuj się, my nie(do)słyszaki mamy takie same obawy ;) Tylko początki są trudne, reszta sama przyjdzie ;) Musimy wzajemnie się oswoić :)








lipca 31, 2017

"Barszalona", czyli klimat szemranej barcelońskiej dzielnicy i irytująca Matylda...

"Barszalona", czyli klimat szemranej barcelońskiej dzielnicy i irytująca Matylda...

Barcelona może kojarzyć się z Gaudim, Picassem, multikolorową odzieżą Desigual, chocolate con churros, czy filmami Pedro Almodóvara... Mnie niezmiennie kojarzy się z Ferminem Romero de Torres, Danielem Sempere i tajemniczym Julianem Caraxem, bohaterami powieści Carlosa Zafóna. 

lipca 21, 2017

Ekologiczni hipokryci to my wszyscy

Ekologiczni hipokryci to my wszyscy
W ostatnich czasach wszystko to, co zawiera w sobie szczyptę eko i jest zaklasyfikowane do kategorii zdrowej żywności jest trendy. Nie da się zaprzeczyć, że ochrona środowiska, ochrona praw zwierząt, zdrowe żywienie w obecnych czasach powinno być już nie trendem, lecz koniecznością.


Jednak nie o tym chcę pisać, lecz o pewnym gatunku osobników, których nazywam gatunkiem Upierdliwych Ekologicznych Hipokrytów. Swoim nieustannym wygłaszaniem referatów na temat ekologii i zdrowego odżywiania potrafią niejednemu człowiekowi zatruć życie - czasem nawet bardziej niż wieś-burger czy nieświeża szynka na kanapce...

Po czym poznać takiego Upierdliwego Ekologicznego Hipokrytę? Taki osobnik nie przepuści okazji, by nie wygłosić swoich tyrad w tematach eko.
 

Zobaczy Cię w markecie z siatką ziemniaków - z jego ust od razu leci wykład jakie te kartofle są trujące, nasączone chemią! Najlepsze są wyłącznie jego własne warzywa wyhodowane na działeczce. Na temat zdrowego odżywiania ów osobnik wie o wiele więcej niż niejeden dietetyk światowej sławy. Zobaczy Cię chrupiącego batona - leci litania, iż najlepsze są batony domowej roboty i musisz sobie zorganizować czas na produkcję domowych snickersów! Leczenie naturą to też domena takiego osobnika. Na temat ziół ów osobnik mógłby pisać grube księgi, grubsze niż te księdza Klimuszki...

W tym wszystkim jednak taki osobnik zawsze ignoruje fakt, że swoje warzywka hoduje w przydomowym ogródku znajdującym się w pobliżu ruchliwej ulicy zanurzonej w oparach spalin, które przy silnym wietrze przy okazji obficie zraszają i jego "ekologiczną" działeczkę. Na talerzu owego osobnika nierzadko leżą produkty, które trudno nazwać zdrową żywnością - na patelniach gości mięcho z hodowli, gdzie zwierzęta zazwyczaj faszeruje się kij wie jakimi prochami, mięcho zaś smażone jest w głębokiej patelni w odmętach przypalonego tłuszczu. Osobnik uwielbia cukierki, co z tego, że zawierają one tłuszcze trans, jakieś konserwanty, aromaty i E-dodatki zupełnie tak samo jak ów baton, za którego wcinanie osobnik Cię ochrzanił.

Tacy ekologiczni hipokryci zazwyczaj - po wygłoszeniu swego wykładu na temat życia w duchu eko i konieczności oddychania zdrowym powietrzem - udają się cichaczem w ustronne miejsce, by móc skrycie delektować się aromatem... papierosa. Nie trzeba być Rutkowskim, by to odkryć, wszak odzież i mieszkanie takiego osobnika wręcz przesiąknięte jest zapachem nikotyny...

Mogłabym traktować z przymrużeniem oka poczynania takiego osobnika, ale bywa to naprawdę trudne, jeśli ma się w kręgu swoich znajomych takiego Upierdliwego Ekologicznego Hipokrytę. Mam... a raczej miałam znajomą, która  szukała byle okazji, by móc się popisać swoimi eko-tyradami. Przez ostatnie kilka miesięcy, odnosiłam wrażenie, że wręcz polowała na jakieś moje nowe zdjęcie na Fejsie lub Instagramie, szczególnie takie z pełnym makijażem na mej facjacie -  od razu pukała do mnie z litanią na temat wysokiej szkodliwości kosmetyków do robienia makijażu. Co ciekawe, nigdy nawet nie zapytała jakich kosmetyków używam :) Zobaczyła jak wcinam loda w Lenkiewiczu - od razu poleciał tekst, że jak jeść lody to te domowej roboty. Obraziła się na dobre, gdy powiedziałam jej, że nie potrafię tak jak ona dobrze zrobić loda i wypomniałam, że pali jak stary komin, a palenie ma znacznie gorszy wpływ na jej własną cerę oraz zdrowie jej dzieci niż mój makijaż. Do dziś jednak się zastanawiam czy obraziła się o te papierosy czy o tego loda :P

Wiecie... Chociaż eko sprawy mnie rajcują to jednak nie mogę powiedzieć, że jestem taką 100% ekomaniaczką. Jest dość trudne zostać takim 100% ekomaniakiem żyjąc w mieście... Za życiem na wsi niespecjalnie tęsknię. Rowerem po mieście nie śmigam, lecz samochodem... I chociaż staram się odżywiać zdrowo to zdarza mi się czasem ulec pokusie wrzucenia na ząb czegoś niezbyt zdrowego z dodatkiem kolorowych chemikaliów E-cośtam.

Poza tym jestem alergikiem i niestety - nie zawsze to, co ekologiczne i czysto naturalne jest dla mnie najmniej alergizujące.  Ostatnio dostałam straszną alergię na dezodorant typu roll-on marki Lavera mimo, że posiada on certyfikat BIO, jest w 100% naturalny i wegański. Po prostu mam uczulenie na wyciągi z dzikiej róży. Ów dezodorant za to z powodzeniem posłużył mojej córce.
Tak więc, niekiedy bywa, że muszę sięgać po kosmetyki hipoalergiczne, głównie są to kremy z aptecznych półek, które ze względu na swój skład nie mogą być uznane za eko. Nie ukrywam, że mam swoich kosmetycznych ulubieńców także wśród kosmetyków nie-eko, ale jednak zawsze są to kosmetyki z etykietą oznaczającą, że produkt nie był testowany na zwierzętach, nie zawierają też parabenów.

Na szczęście - w przeciwieństwie do kremów i dezodorantów - rzadko uczulają mnie szampony i odżywki na bazie naturalnych składników (wyjątek jednak stanowią produkty zawierające pokrzywę, ekstrakty cytrusowe i wyżej wspomniany wyciąg z dzikiej róży), więc mogę sobie pozwolić na rozpieszczanie włosów tego typu produktami.

Żyję jak żyję. Staram się być eko, różnie mi to wychodzi, ale nie przynudzam ludziom przy byle okazji, że baton, który akurat wcinają jest chemicznym kawałkiem pseudoczekolady a kanapka z pomidorem to kanapka z warzywem z Czarnobyla.  Gdy widzę, że ktoś lubi jakieś "parabenowe" produkty - nie zalewam go potokiem słów na temat parabenów. W mediach tyle się trąbi o parabenach, że naprawdę nie sposób, by ktoś o tym nie wiedział. Można komuś wspomnieć o tym w trakcie luźnej rozmowy, ale nie w formie wiecznych wykładów... Ludzie rzadko słuchają porad, o które nie prosili. A już w ogóle nie słuchają, gdy ktoś przynudza poradami, których sam nie stosuje...

Ekologiczni hipokryci to większość nas. Każdy ma na swoim koncie jakieś ekologiczne grzechy, ja również, a określam się ekomaniaczką - to dopiero szczyt hipokryzji, co? :)  Nie bądźmy jednak upierdliwi. Zanim zaczniemy krytykować kogoś za jakieś nie-eko zachowania, zastanówmy się najpierw czy my sami rzeczywiście jesteśmy tacy czysto eko ;)

Żyjmy i dajmy innym żyć! :)

lipca 14, 2017

Barcelona. Jechać z nastolatkiem czy we dwoje?

Barcelona. Jechać z nastolatkiem czy we dwoje?
Dokładnie rok temu wróciliśmy z mężem z Barcelony, gdzie we dwoje spędziliśmy czas na
intensywnym zwiedzaniu zakątków tego niezwykłego miasta. A, że obecnie trwa jeszcze sezon urlopowy, sporo "dzieciatych" znajomych pyta mnie czy do Barcelony lepiej jechać z dzieckiem czy we dwoje?

lipca 12, 2017

Shock Art w nowej odsłonie, czyli blogowanie od nowa czas zacząć. Co było motorem zmian?

Shock Art w nowej odsłonie, czyli blogowanie od nowa czas zacząć. Co  było motorem zmian?



Blogerem jestem już od wielu lat. Nawet nie pamiętam w jaki sposób stawiałam swoje pierwsze kroki w blogosferze. Pamiętam jedynie, że nigdy nie mogłam znaleźć swojego stałego miejsca w sieci. Tworzyłam blogi o różnych tematykach, ale zawsze obracały się wokół sztuki, rękodzieła artystycznego, eksperymentów typu do it yourself itp. Jednak zawsze nadchodził taki czas, że mój zapał do dalszego blogowania ulatniał się niczym kamfora, co sprawiało, że blogi skazane były na wymarcie.

Obecnie w miarę regularnie prowadzę blog ekoRepublika, związany nie tylko z ekologią, urodowymi eko-błahostkami, ale i życiem niesłyszących, dla urozmaicenia od czasu do czasu wrzucam tam swoje komiksy o sprawach damsko-męskich oraz swoje rozmowy z ciekawymi osobami. Gdy brakuje mi literackiej weny i nie mam pomysłów na ciekawe wpisy  - fanpage ekoRepubliki służy mi za słup ogłoszeniowo-reklamowy ;)

Jakiś czas temu miałam okazję poznać pewną niezwykłą kobietę. Panią Zofię. Pod okiem pani Zofii miałam zgłębiać tajniki fotografii plenerowej. Umówiłyśmy się na spotkanie w celu przeanalizowania mojego fotograficznego portfolio, ale tak jakoś się złożyło, że nasze rozmowy zaczęły oscylować wokół tematów związanych z prowadzeniem blogów, bo jak się okazało - pani Zofia świetnie zna się nie tylko na fotografii, ale także jest blogującym doradcą zawodowym. Dzięki niej uświadomiłam sobie jakie dotychczas popełniałam błędy jako bloger. Były to błędy, które jednocześnie sprawiały, że nie potrafiłam na swoich blogach zagrzać miejsca. Wzięłam sobie do serca jej wskazówki, konstruktywną krytykę i zdecydowałam się oddzielić ekoRepublikę od swojego prywatnego życia.

Tak więc moja ekoRepublika  pozostanie witryną społeczno-kulturalną o wszystkim i dla wszystkich. Natomiast Shock Art stanie się witryną osobistą, poświęconą wyłącznie mojej skomplikowanej osobie, moim osobistym przemyśleniom, ukazującą mój wewnętrzny świat. Rękodzieło aktualnie tworzę wyłącznie dla siebie samej, toteż zdjęcia z moimi pracami posłużą tutaj wyłącznie jako dekoratorski akcent ;)

Tak, więc kończę dziś 37 lat i rozpoczynam pewien nowy rozdział zarówno w swoim blogerskim żywocie jak i na tej witrynie. Z jakim skutkiem - to już czas pokaże ;)
Copyright © 2016 Shock Art | Myślę. Piszę. Tworzę. , Blogger